Banner Top

Uczciwi przestępcy w trosce o państwo

Uczciwi przestępcy w trosce o państwo zniosą sędziokractwo i ukrócą mafie lokalne, zwane samorządami. Uczciwi przestępcy są pryncypialni, gotowi każdemu w twarz rzucić słowa:

Czy wiesz, jak przez to twoje draństwo
nasze ludowe cierpi państwo,
jak na tym gospodarka traci,
kiedy się władza mniej bogaci?
Gdy kradniesz gwóźdź lub drutu szpulę,
uszczuplasz przez to całą pulę.
A pula nie jest do kradzieży,
pula się cała nam należy,

nam — czyli państwu, Polsce właśnie,
bo my to polskie państwo jaśnie!
My tutaj rządzim i my dzielim,
bez nas by wszystko diabli wzięli,
dlatego — gdy się nas okrada,
to właśnie jest ojczyzny zdrada! ( J. Szpotański „Towarzysz Szmaciak”).

Zanim uczciwi przestępcy oskarżą mnie o zniewagę, obrazę ich nieskalanego przez użycie sumienia, ustalmy czym jest ten oksymoron. Sorry, uczciwym przestępcą jest np. pan minister ds służb bezpieczeństwa Mariusz Kamiński. Gdyby nie był przestępcą Pan Prezydent by go nie ułaskawił; nie ułaskawił by go, gdyby nie był uczciwy. Wbrew gramatyce i logice oksymorony dobrze się mają w polityce. Mamy obecnie nawet oksymoronistyczą komisję sejmową, w której uczciwi przestępcy przyznali sobie prawo wyręczania sądów i innych instytucji państwa. Komisja zajmować się ma sprawami reprywatyzacji warszawskich nieruchomości; dominują w jej składzie politycy partii, która obłowiła się materialnie na bagnie powodowanym brakiem ustawy o prywatyzacji. Uczciwi przestępcy mogą nas najwyżej rozśmieszać przez TVP twierdzeniem jakoby swoje biurowce na Nowogrodzkiej czy Srebrnej zakupili ze składek partyjnych. Być może kiedyś, w zwyczajowej dintojrze, autorytet sędziego budowało jego doświadczenie złodziejskie. Dziś powielanie przez Sejm modelu dintojry powoduje jedynie uczucie żenady. Jak by to opisał Sergiusz Piasecki: „najgorsze kurwy z Pohulanki zawyły płaczem, widząc takie pohańbienie swojego zawodu”.

Z prywatyzacją walczy ideologicznie lewica i prawica, nie jest trudno grać na ludzkiej zawiści twierdząc, że jak ktoś coś ma to znaczy iż ukradł. Spotkać można w warszawskich kawiarniach na pl. Zbawiciela dojrzałych, lecz wiecznie młodych, rewolucjonistów, pełnych wiary w hasło „grab zagrabione”. Nie trudno też pod kościołami znaleźć chrześcijan o kompleksach napędzanych zazdrością: bo sąsiad ma lepszy samochód i większy dom. Gniew ludu przeciw prywatyzacji łatwo wywołać, łatwo wykorzystać jako polityczne paliwo. Tyle, że ten rodzaj demagogii niszczy podstawy porządku, na którym budowano naszą cywilizację. Dążenie do posiadania jest cechą naturalną człowieka; gwarancja utrzymywania własności prywatnej była i jest fundamentem rozwoju. Spróbujmy dziecku powiedzieć, że ten miś nie jest jego, ale własnością państwa oddaną mu w użytkowanie; odczuje to jak najgorszą krzywdę. Własność stanowiła warunek konieczny by możliwe było korzystanie z innych praw niezbywalnych: prawa do wolności, godności a nawet życia.
Zostawmy jednak na boku rozważania teoretyczne. Odsyłam w tej sprawie zainteresowanych do bardzo bogatej literatury, do tez filozofów, których nie zdeprecjonowała pseudonauka marksistowska. Zgodzić się musimy także, że nie zawsze własność zdobywana jest uczciwie, tak jak i nie zawsze uczciwie jest wykorzystana. Dlatego ludzie stworzyli prawa, będące swoistą umową określająca normy postępowania społecznego; dlatego ludzie stworzyli państwo wyposażając je w monopol na stosowanie przemocy dla egzekwowania prawa; dlatego, by nikt nie nadużył monopolu na przemoc, rozdzielili w państwie instytucje władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej. Jeżeli dostrzegamy w procesach warszawskiej reprywatyzacji rzeczy oburzające swoją niesprawiedliwością, to warto, zanim intuicyjnie nie zaczniemy wydawać własnych osądów, zastanowić się: co zawiodło...Czy sądy były złe, czy władza wykonawcza nieskuteczna, czy może władza ustawodawcza nadała nam złe prawo? Własność kusi, jest przedmiotem pożądania; jeśli coś można bezkarnie ukraść, z całą pewnością złodziei nie braknie. Zawiodło państwo, gdy umożliwiło bezkarność złodziei; ale kto w ramach tego państwa ponosi za to odpowiedzialność... Odpowiedź na to pytanie jest konieczne; nie znając przyczyny awarii nie naprawimy państwa.

Źródłem zła była rewolucja, która dotarła do nas z sowiecką armią. Bardzo nieprecyzyjnie określamy zaistniałe wtedy zmiany społeczne mianem nacjonalizacji. Nieprecyzyjnie, bo mieliśmy do czynienia z procesem zaboru własności prywatnym, opartym na różnorodnych, często logicznie ze sobą sprzecznych, regulacjach prawnych, uzupełnionym różnorodnymi działaniami pozaprawnymi. Rewolucja w imię hasła „grab zagrabione” w uproszczony sposób rozwiązywała problemy, rodząc kolejne krzywdy powodowane niesprawiedliwością. Reforma rolna formalnie gwarantowała posiadaczom ziemskim pozostawienie domu mieszkalnego i tzw resztówki: do 50 ha ziemi. W rzeczywistości komitety chłopskie zabierały wszystko, w najlepszym wypadku pozwalając wywieźć ziemianinowi odrobinę ubrań i garnków. Nacjonalizacja przemysłu nie miała dotykać firm zatrudniających mniej niż 50 osób; kilka lat później aktywność pana Minca i spółki przejęła na rzecz państwa wszystkie sklepiki warzywno-nabiałowe i punkty usług szewskich. Taki sam, prawny i pozaprawny proces, dotyczył domów mieszkalnych. Ktoś, kto przed wojną zainwestował oszczędności i wybudował kamienice czynszową, by zadbać o przyszłość dzieci i wnuków; po wojnie tracił prawo dysponowania własnością. Lokatorów przydzielił mu państwowy „kwaterunek”, o wysokości czynszy decydował magistrat; właściciel mógł jedynie odpowiadać za własność, płacić za nią podatki i dbać o stan techniczny. Na domiar złego ta rewolucja miało charakter ciągły; pojęcie nienaruszalności własności prywatnej nie istniało przez cały PRL. Jak władza miała ochotę coś sobie zabrać, to sobie zabierała. Rewolucja rodziła nieodwracalne skutki, ktoś stracił, ktoś zyskał. Majątek prywatny przechodził na rzecz państwa, potem państwo odsprzedawało go innym osobom prywatnym, potem ktoś od nich nabywał, dziedziczył itd.

W Warszawie rzecz była jeszcze bardziej skomplikowana, niż w innych miastach. Wyobraźmy sobie Muranów, dawny żydowski Murdziel, gdzie żyło kilkadziesiąt tysięcy drobnych posiadaczy nieruchomości. Po wojnie nie było ani nieruchomości, w miejscu getta było morze ruin, ani ich prawnych właścicieli. Uporządkowaniem stanu miał być dekret Bieruta, ale nawet to nacjonalizujące grunty warszawskie prawo nie zostało prawidłowo wykonane. Urzędnikom w PRL nie przyszło na myśl by przestrzegać obowiązującego ich prawa, by wypłacać odszkodowanie za przejęte nieruchomości lub w inny sposób wypełnić zobowiązania wobec byłych właścicieli. Stąd po 1989 r tysiące wygranych spraw przez spadkobierców wyzutych z własności obywateli. Dekret Bieruta, o czym warto poinformować dekomunizatorów, formalnie jeszcze obowiązuje; nikt go nie zdekomunizował.

I w tym leży rzeczywisty problem. Nie w tym, że wśród prawników znalazło się trochę oszustów, że nie zawsze urzędnicy byli odporni na pokusę łapówki, że na organy samorządów wpływają jakieś lobby. Najgorszym grzechem było zaniechanie. Od ponad ćwierć wieku Sejmy Rzeczypospolitej nie zdobyły się na odwagę, by uregulować kwestię reprywatyzacji. Jesteśmy w tym wyjątkowi, we wszystkich państwach postsowieckich udało się uchwalić ustawy reprywatyzacyjne. Polska imponować może swym nieudacznictwem.

Musimy sobie jedną rzecz dopowiedzieć. Każda ustawa reprywatyzacyjna, wbrew swej nazwie, jest i będzie ustawą nacjonalizującą. Powtórzmy: wojna i rewolucja zrodziła nieodwracalne skutki w sferze zmian własności. Nie da się, po prostu, znieść późniejsze fakty i przywrócić stan posiadania z dnia 1 września 1939 r. Ustawa reprywatyzacyjna ma na celu legalizację faktów dokonanych. Może prowadzić do zwrotu tego, co jest możliwe; może przyznać wywłaszczonym odszkodowanie, może także – jeśli taka byłaby wola Sejmu – zalegalizować wywłaszczenie bez odszkodowań. Prawo rodzi się jako kompromis między różnorodnymi oczekiwaniami. Ustawa reprywatyzacyjna, legalizująca nacjonalizację, ze swej istoty powinna być takim mądrym kompromisem, kończącym indywidualne spory. Niestety, problem w tym, że państwo, które powinno być regulatorem, było także największym beneficjentem nacjonalizacji. Wolę kompromisu zastępowała więc chytrość pasera, który wie, że żyje z kradzionego, lecz przez różne kruczki odwleka konieczność zwrotu łupu prawowitym właścicielom. Najbliższy uchwaleniu reprywatyzacji był Sejm w czasach rządów AWS i Jerzego Buzka; wypracowany został  kompromis między środowiskami wywłaszczonych a beneficjentami wywłaszczeń. Kompromis ten zablokowany został przez „chytrusów” z lewa i prawa, twierdzących, że państwa nie stać. Badacze „afer reprywatyzacyjnych” niech zwrócą uwagę na zbieżność czasową. Po odrzuceniu kompromisu ilość indywidualnych spraw roszczeniowych wzrosła lawinowo, w tym pojawiły się różne próby oszust i wyłudzeń. Tam gdzie nie działa państwo, wchodzi mafia. Gdy nie potrafiono uczciwie, w drodze kompromisu załatwić problemu reprywatyzacji, otwarto drogę różnym mafiozom.

Tego jednak nie będzie badać komisja sejmowa. Nikt z niej sam się nie wychłosta, nie powie, winni jesteśmy my – ustawodawcy. Komisja z luzem analfabety interpretować będzie literę prawa, bawiąc się wedle fantazji w zastępowanie innych instytucji państwa: sądów, prokuratury, urzędów komunalnych i ministerialnych, NIK-u, RIO itp. Przewodniczący, klasyczny partyjny karierowicz, od kiedy łyknął trochę wiedzy na opolskiej politologii, żyje w przekonaniu, że władza może wszystko, a on jeszcze więcej. Ale nie demonizujmy tegoż „speca”, wszak myśli on nie swoim mózgiem. Inni szatani są tu czynni. Kto jednak w przyszłości odpowie za to, że w imię igrzysk, znów zaniechano uchwalenia ustawy reprywatyzacyjnej. Kto odpowie za przyszłe afery będące wynikiem tego zaniechania.

Uczciwi przestępcy urządzają nam nasze państwo. Chowajcie zegarki w zakamarki...

dla cz.info.pl Jarosław Kapsa

Banner 468 x 60 px

Banner 468 x 60 px