Banner Top

Pan się boi we wsi ruchu...

Pan się boi we wsi ruchu, pan nas wyśmiewają w duchu – sarknął Czepiec w stronę Dziennikarza, gdy ten lekceważąco zbywał próbę nawiązania poważnej dyskusji o sprawach międzynarodowych. Dziennikarz, też człowiek, przybył na wesele by pojeść, popić i się zabawić; chłop mógłby w tym nie przeszkadzać, robić to co umie najlepiej: zabawiać gościa śpiewaniem krakowiaka.

Taką lub podobną scenę widziałem wielokrotnie, nie tylko na deskach scenicznych. W kampaniach wyborczych Pan Polityk przybywa na wieś by darzyć, lud ma go witać śpiewem, tańcem, chlebem, solą.

Ale nie można wymagać, by ten polityk zniżył się do poważnej rozmowy z plebsem, o sprawach, na których plebs z natury znać się nie może: o gospodarce, prawie, stosunkach międzypaństwowych. To nie jest bynajmniej przywara współczesnych polityków, „Wesele” Wyspiański pisał w 1900 r; to relikt polskiej tradycji, sarmackiego klientyzmu. Podobnie jak znane nam goszczenie „dożynkowe”, śpiewy barwnie ubranych Kół Gospodyń Wiejskich, wręczanie ciupag przez przebranych na ludowo urzędników gminnych, ten cały folklor to odtwarzanie świątecznych form witania Pana Dziedzica przez wsiową wspólnotę. Identyczny obyczaj, dotyczącego amerykańskiego Południa opiewała Mitchell w „Przeminęło z wiatrem”; ale tam wspólnota wsiowa była czarna i nazywała się niewolnikami.

Umyka nam świadomość pewnego dziejowego paradoksu. Przed 100 lat powstały w naszej części Europy nowe państwa narodowe; proces emancypacji narodowej biegł jednakże różnymi torami. W Czechach, Estonii, Litwie, Słowacji, Ukrainie itd. naród rodził się z chłopstwa w opozycji do rządzącej warstwy szlacheckiej: Niemców, Polaków, Rosjan. Tylko w dwóch państwach, w Polsce i Węgrzech emancypacja narodowa szła z „góry”, od szlachty do chłopstwa. Odczuwalne to jest do dziś. Elity władzy w Polsce i na Węgrzech podświadomie przejmują cechy dawnej szlachty; nawet w socjalistycznym PRL sekretarz partyjny przejmował „pańską modę”, uwielbiał polowania, budował dom w kształcie dworku, wieszał na ścianie szable i „portret przodka”. Na Słowacji polityk agitując, spotyka się z ludźmi w gospodach, tam przy piwie dyskutuje o sprawach lokalnych i państwowych. W Polsce polityk raczy „z góry” zejść „do ludu”, „pochylić się” nad jego problemami i przemówić „ex katedra”. Pomysł by rozmawiać z ludźmi na wsi przy piwie byłby u nas przyjęty jako niebezpieczna rewolta.

Wieś, tak jak i miasto, przeszła okres transformacji. W zaniku jest tradycyjna osada, której mieszkańcy żyją z rolnictwa. Na naszej Jurze łatwiej spotkać strusia niż krowę, opuszczonych nieużytków jest więcej niż zagonów żyta czy ziemniaków. Włoszczyznę do rosołu gospodynie kupują w „Biedronce”, nie wykopują w ogródku. Zauważalny jest proces migracji; są wsie, gdzie większość domów wybudowano w ostatnim dwudziestoleciu, osiedlili się tu „mieszczanie” z Zagłębia i Śląska. Polityk na wsiach nie znajdzie tylko Czepca, mieszkają tu ludzie przynajmniej równi mu intelektualnie: profesorowie wyższych uczelni, prezesi dużych firm, wyższej rangi urzędnicy. Faktem jest, że na razie tylko mieszkają, w bardzo ograniczonym stopniu angażując się w lokalne życie społeczne. Ale i to się zmienia, a przy tym i coraz więcej „miejscowych” legitymuje się wyższym wykształceniem, odpowiedzialną pracą na wyższych stanowiskach, docenianym dorobkiem intelektualnym.

Nie ma już jednej wsi. Nie da się porównać Wręczycy i Wrzosowej z Silniczką lub Borowem. Nawet jeśli wieś zachowała swoje cechy osady rolników, to rolnik różni się od rolnika. Są rolnicy przedsiębiorcy, prowadzący biznes oparty na wiedzy, korzystający z nowoczesnych technologii i urządzeń; są także rolnicy, po staremu grzebiący w ziemi, żyjący z emerytur i dopłat. A skoro nie ma jednej wsi i jednakowego typu wieśniaków, tym bardziej uwidacznia się arogancja „nowej szlachty z politycznego awansu”.

W nowym stylu „dobrej zmiany” przeleciała przez Sejm ustawa o Kołach Gospodyń Wiejskich. Wpłynęła 26 września, uchwalona została 4 października; na konsultacje z zainteresowanymi, w tym z gospodyniami wiejskimi zabrakło czasu. Z naszych stron, z Olsztyna, jest przewodnicząca Rady Krajowej KGW, niezmordowana Bernardetta Niemczyk; także ona, od ponad trzydziestu lat reprezentująca wiejskie kobiety, o ustawie dowiedziała się z telewizji. Pośpiech partyjno-rządowy miał charakter „króliczy”; Premier obiecał marchewkę – 3 tys zł dla każdego Koła KGW; Sejm szybko ustalił ramy karmienia marchewką.

Koła Gospodyń Wiejskich najczęściej widzimy tak, jak nam dyktuje sarmacka tradycja klientyzmu. Panie przebierające się od święta w ludowe stroje, częstujące lokalnymi wypiekami, śpiewające i tańczące, zwłaszcza podczas witania ważnych gości. Widzimy jednak tylko to co chcemy widzieć, nie zwracając uwagi na istotę sprawy. W tej właśnie istocie, zapomnianej i niedostrzegalnej, wyznaczanej, blisko 150 letnią historią, mieści się bogactwo inicjatyw lokalnych. To nie tylko przechowywanie tradycji, ale ogrom inicjatyw na rzecz pozytywnych zmian: inicjowanie tworzenia szkół, czytelni, domów kultury, popularyzacja nowoczesnych metod upraw, upowszechnianie przemysłu ludowego, promowanie zdrowego i higienicznego trybu życia. To jest tradycja wielkiej rewolucji, zmiany miejsca kobiet w życiu prywatnym i publicznym, a przez to wprowadzenie na wieś rzeczywistego postępu cywilizacyjnego.

Gdy skończyła się wieś folwarczna, w której „dobry pan” zapewniał chłopom dom, zarobek, leczenie, pomoc w razie katastrofy; chłopi, by przeżyć, musieli uczyć się solidarności społecznej. Nie mogąc liczyć ani na pana, ani na władzę, sami się jednoczyli, tworzyli straże  ogniowe, szkoły wiejskiej, towarzystwa ubezpieczeniowe, spółdzielnie oszczędnościowe, kółka rolnicze, koła gospodyń. Siła i rozwój płynęła z umiejętności samoorganizacji, tego najlepszym przykładem stała się Wielkopolska. Ta tradycja samoorganizacji jest i dziś największą dźwignią rozwoju; dostrzega się z szacunkiem jakość kapitału społecznego. Sukcesy pierwszego okresu samorządności w III Rzeczpospolitej opierały się na tej, przechowanej w tradycji, sile samoorganizacji. Wspólnie z gminą mieszkańcy samoorganizowali się w komitety budujące wodociągi, kanalizację, drogi, linie telefoniczne itd. Ten pionierski okres minął, dziś panuje technokratyzm: wójt pozyskuje pieniądze z UE, drogi, budynki, kanalizację budują wybrane w przetargu specjalistyczne firmy. Tylko starsi coś tam pamiętają o „czynach społecznych” lub innych formach obywatelskiej partycypacji. Nie wszystko jednak należy do przeszłości; zainicjowany na Opolszczyźnie program „Odnowy Wsi”, oparty na tej umiejętności samoorganizacji, przyniósł ważne sukcesy, stał się wzorem dla całej Polski. Pamiętam, jak mi przyszło opisywać spotkanie w kuchni pani sołtys w Kamieniu Ślaskim (pierwszej wsi w w Polsce nagrodzonej prestiżową europejską nagrodą za wzorcową odnowę wsi). Panie, bo w spotkaniu uczestniczyły tylko Ślązaczki, przy kawie i jabłeczniku, konkretnie omawiały kwestie budowy kwietnika koło szkoły; ta zrobi to, ta to, a tamta rodzina będzie podlewać. Żadnego oczekiwania, by ktoś coś za nich i dla nich zrobił, żadnego wodolejstwa; konkrety: trzeba tak i tak, by nasza wieś była piękniejsza. To jest właśnie największy skarb jaki można odnaleźć na obszarach wiejskich.

Nowa ustawa o KGW nie dopinguje do samoorganizacji. Tworzy pewien klientystyczny system. Tworzenie Kół Gospodyń Wiejskich „wyjęte” zostało z ogólnych ram przepisów dla organizacji społecznych. KGW rejestrowane mają być w Agencji Modernizacji i Restrukturyzacji Rolnictwa, nadzór nad nimi, oprócz Agencji ma mieć rządowy Pełnomocnik ds Małej i Średniej Przedsiębiorczości. W każdej wsi może funkcjonować tylko jedno koło KGW; na mocy odrębnych przepisów koła mogą dostać rządową dotacje (obiecane 3 tysiące). Premier Morawiecki jako człowiek młody, choć podobno kształcony na historyka, może nie wiedzieć, że ta ustawa przypomina rozwiązania stosowane w latach 50-tych XX w. Wtedy postępowe kobiety wiejskie skupione w KGB miały być pasem transmisyjnym między władzą a wsią, w celu krzewieniu idei socjalistycznych.

Organizacje społeczne słusznie podkreślają swoja „pozarządowość”, bo każda forma powiązania z agencjami rządowymi narusza ich suwerenność. Nie rozwija się aktywność społeczna, gdy tworzona jest ona „odgórnie” przez rząd, kontrolowana przez rząd, służąca rządowi. Koła KGW służą przede wszystkim sprawom lokalnym; powinny być w pierwszym rzędzie wspierane (i kontrolowane) przez samorząd gminy. Być może potrzebne są rozwiązania  obligujące gminy do wspierania takiej formy aktywności, a także chroniące niezależność KGW przez gminnymi władzami; to już należy ustalać w rozmowach z zainteresowanymi. Z pewnością dobrym rozwiązaniem nie jest zabranie wolności w zamian za marchewkę. Społecznicy nie organizują się „pro forma”, ale w konkretnych celach; w tym tkwi wartość ich aktywności. Jedni skrzykną się by przez miesiąc wspólnie wybudować boisko; drudzy założą LKS by przez lata upowszechniać sport. Rozdawanie dotacji za samo istnienie jest niesprawiedliwe i demoralizujące; pieniądze podatnika wspomagać powinny rzeczywista aktywność, a nie „biurokrację z zasłużonym szyldem”.

Wspomniałem o pani sołtys z Kamienia, tam jej kółko sąsiedzkie działało jako grupa nieformalna, ale działało skutecznie. Czy bardziej pożyteczne będzie „martwe ciało” zarejestrowane w Agencji? Urządowienie organizacji społecznych przynosi podobne rezultaty jak nacjonalizacja w gospodarce. Niby brzmi ładnie: narodowy koncern stoczniowy, cukrowniczy, piekarniczy, ale efekty przynoszą mierne. Mieliśmy już taki system w PRL. Nie było samorządów terytorialnych na żadnych szczeblu; bo przecież centrum rządzące wszystko wiedziało lepiej. Nie było wolności stowarzyszeń, lecz koncesjonowane i kontrolowane przez rządzących organizacje. Czy takie państwo było silne ? Czy było lepiej zarządzane? Czy skuteczniej wypełniało swoje zadania? Śmiem wątpić, a historia pokazała, jak takowe państwo stało się tworem upadłym, tak pod względem finansowym jak i instytucjonalnym. Centralizacja państwa zmienia kraj w obszar okupowany przez jedną klikę rządzącą. Centralizacja niszczy przymioty moralne ludzi, zabija w nich naturalny odruch solidarności. Centralizacja zabija ludzką kreatywność, zdolność twórczej współpracy; jeżeli awans zawodowy czy społeczny zależny jest przede wszystkim od lojalności wobec władzy, nie dziwmy się, że elitą rządząca stają się mierni, bierni ale wierni. Państwo jest rzeczywiście silne, gdy wspiera je różnorodna aktywność obywatelska. Państwo rzeczywiście silne opierać się powinno na samorządności; a samorząd, zwłaszcza gminny, siłę swoją czerpać powinien z wielorakich form stowarzyszeń skupiających różne formy aktywności mieszkańców.

Niestety, pan się we wsi boi ruchu... Ta nasza sarmacka tradycja powoduje, że nawet (a może zwłaszcza) ludzie z awansu społecznego wstydzą się wsi i wsią pogardzają. Nie dziwią określenia, że ktoś „wiochę robi”; „wieśniak” to obraźliwe określenie prostaka, podobnie obraźliwie brzmią słowa cham, plebej, kmiotek, wsiowa baba. Z tej pogardy zrodziła się idea KGW+: „wy Nam ładnie tańczcie i śpiewajcie, a my wam za to rzucim 3 tysiaki”. I co? Czy ta szlachta rządowa, Morawiecki, Kaczyński, Suski itd., myśli, że dziołchy wsiowe są aż tak głupie, by z wdzięczności za dobre słowa i parę złotych, całować panów po rękach i jeszcze im striptiz gratis urządzić? Tak głupia wieś istnieje tylko w „pańskiej”, Pany Szlachta Urzędowa, wyobraźni.

dla cz.info.pl Jarosław Kapsa

Banner 468 x 60 px

Banner 468 x 60 px