Czy konserwatyzm zbawi świat?

Z konserwatyzmem jest tak, jak z rozróżnieniem lewica-prawica. Dzielimy świat na „naszych” i „onych”, przypisując „naszym” same dobro, zło pozostawiając „onym”.

Ponieważ w życiu społeczeństw cechy dobre zależne są od zmian świadomościowych, toteż treść idei lewicy lub prawicy ulega stałej ewolucji, uzasadniającej postawienie znaku zapytania nad sensem tego podziału. Czy Hitler i Stalin, dwaj tyranii prowadzący bliźniaczo podobną politykę antyludzką, byli lewicą czy prawicą? Podobnie pytamy o współczesnych dyktatorów. Pinochet, Bolsonaro – wiadomo prawica, ale czym się oni różnią od lewicowych potworów: Hussajna, Putina, Kadafiego, Castro...

Brnięcie w szukanie różnic sprowadzi nas na poziom sporu, czym się różni pepsi od coca-coli lub piłkarze Wisły Kraków od piłkarzy Cracovii. Dla kibica zwłaszcza to ostatnie porównanie wydać by się mogło herezją; różnica między Wisłą o Cracovią jest tak fundamentalna, że nawet pytanie o nią jest obraźliwe.

Określenie konserwatysta może istnieć samoistnie, jako coś co lubimy/nielubimy, na zasadzie podobnej lewicy/prawicy. Możemy, wedle swych antypatii, nawet ten podział dookreślać. Konserwatyzm wiążemy z prawicowością, pełni on funkcję swoistego doładowania: prawicowy konserwatysta jest więc utożsamiany z fundamentalistą prawicowym; może także stać się prawicowcem zamykającym uszy na wiedzę, czyli ciemnogrodczykiem. Z lewicą wiążemy przeciwstawne konserwatyzmowi słowo postęp; stąd fundamentalista lewicowy, zwłaszcza gdy zamyka uszy na wiedzę, staje postępowcem.

Oddalając się od bzdur, czyli przesądów wygodnego szufladkowania, zauważymy, że konserwatyzm nie może być bytem samoistnym. Konserwa (a od niej pochodzi nazwa idei) jest tylko blaszanym pojemnikiem, jej wartość użytkowa zależna jest dla nas, od tego, co chroni: czy wewnątrz jest ananas w syropie, paprykarz szczeciński czy mielonka turystyczna. Można zatem przyjąć, że w zależności od tego co chronimy, odkryjemy zarówno konserwatyzm prawicowy jak i lewicowy. Pan Zandberg próbuje konserwować archaiczne idee socjalistyczne, z przynależną im walką klas, świadomością proletariacką i marszami pod czerwonym sztandarem. Pan Bąkiewicz konserwuje nacjonalizm w jego przedwojennym, ONR-owskim, rycie. Pan Morawiecki i pan Dworczyk – inny przedwojenny model, zwany sanacją...

I tak można ciągnąć w nieskończoność, bo to nie puszka ustala wartość, lecz jej zawartość. Puszka, owszem, nie zawsze bywa neutralna, dość przypomnieć toporność, pordzewiałej blachy czołgowej, osłaniającej salceson marynarski, by zrozumieć, że kiepskość ochrony degradować może wartość dóbr chronionych. Bywa też tak, że puszka swoją metalicznością nasyca smak fasolki. Są tacy konserwatyści, którzy w imię własnych fobii, chcąc zmieć wartość chronionych idei. Ktoś wierzący, że prosty lud jest narodowo-katolicki, będzie tak długo heblował drzewo ludzkości, aż mu takowa prosta deska wyskoczy.

Największą, degradującą znaczeniowo, krzywdę robią więc konserwatyzmowi „konserwatyści”nie mieszczący się w swej, neutralnie ochronnej roli. Polecić im mogę wspaniały tekst Leszka Kołakowskiego o tym czym jest socjalizm; filozof przedstawił w nim punkt po punkcie mankamenty stalinizmu dowodząc, że tym socjalizm nie jest. Na wzór tego konserwatysta powinien przygotować sobie zbiór zasad „czym nie jest konserwatysta”, by w finale powiedzieć: „eh, co tu dużo mówić, konserwatyzm jest to naprawdę dobra rzecz”. Rzecz trudniejsza od manifestu z 1956 r., bo równocześnie trzeba wskazać, co należy (lub nie należy) konserwować i jakie środki konserwujące są (lub nie są) dla konserwatysty dopuszczalne.

Wiem, że, drażniące świętą zasadę równości, jest wartościowanie ludzi. Trudno jednak opisywać świat bez takowego wartościowania, bez określania co jest mądre, co głupie. Mądrość to poznanie, przemyślenie i przyswojenie wyników doświadczeń ogromnej rzeszy ludzi; głupota to świadome odrzucenie tych doświadczeń na rzecz wiary, że nasz pomysł jest tak genialny i odkrywczy, iż z pewnością przyniesie dobre efekty. Konserwatysta powinien postępować jak naukowiec w zgodzie z zasadami XIX-wiecznego pozytywizmu: głoszona teza jest prawdziwa, jeśli potwierdzimy ją szeregiem doświadczeń wykonywanych w podobnych i w zmiennych warunkach; jest ona prawdziwa tylko tak długo, póki ktoś, szeregiem doświadczeń, nie udowodni, że jest inaczej. Nie można świata budować na dogmatach, na domniemywaniu jakiś praw natury czy historii, bo każda budowla oparta na fałszywych przesłankach jest nietrwała. Nie można też, nawet w imię najwznioślejszych celów, ryzykować prowadzenie doświadczeń na żywym organizmie ludzkich zbiorowości. Świat byłby bezpieczniejszym miejscem dla życia, gdyby pan Lenin przećwiczył swoje teorie na laboratoryjnych myszkach zamiast na milionach mieszkańców Rosji.

Poznanie doświadczeń, zarówno własnych jak i ludzi żyjących obok nas, lub przed nami, wymaga czasu. Inne są także cechy fizyczne i psychiczne ludzi młodszych i starszych; młodość napędzana bywa adrenaliną, podniecającym ryzykiem podróży w nieznane; starość wybiera bezpieczeństwo i święty spokój. Dlatego mądry człowiek wraz z wiekiem staje się konserwatystą, ale będąc mądrym musi akceptować zachodzące zmiany, szukając optymalnej formy ich przyswojenia. Mądry konserwatysta nie chroni świata takiego jakim był; oceniając zbiór doświadczeń musi wybrać, które formy działań, związków międzyludzkich i instytucji, należy chronić, bo przynoszą one dobre rezultaty; które z tych form się nie sprawdziły, a które były tak szkodliwe, że trzeba je natychmiast wyrugować. Konserwatysta broni „starego” na zasadzie asekuracyjnej profilaktyki, by przypadkiem nie zniszczyć coś ważnego, w imię obietnicy czegoś lepszego. I trzyma się twardo zasady, by nowych rozwiązań społecznych nie testować od razu na ludziach; warto je najpierw sprawdzić, przeanalizować, wykryć ujemne efekty, w warunkach laboratoryjnego eksperymentu.

Nie tylko postępowcy kierują się świadomością głupca, odrzucając doświadczenia poprzednich pokoleń, w imię przekonania o możliwości wymyślenia systemu idealnego. Ta sama świadomość głupca cechować może ludzi uważających siebie za konserwatystów. Jakość konserwatyzmu zależna jest od tego, co chcemy bronić; trudno byłoby nam cenić konserwatystę-kanibala, choćby niewątpliwie heroicznie bronił odwiecznych tradycji swego dzikostanu. Facet, broniący swego prawa do używania przemocy wobec ludzi „należących do niego” (żony, dzieci), też nie byłby przez nas uznany za mądrego konserwatystę, lecz głupiego barbarzyńcę; choć, przyznajmy mu rację, taki model relacji społecznej kiedyś w Polsce i w Europie obowiązywał.

Są ludzie, którzy patrząc w przeszłość, nie widzą zbioru doświadczeń różnorodnych zachowań społecznych, lecz obrazy zmienione w mity. Taki świat zastygły w malowidłach Matejki, w których każdy guzik i każdy gest mają swoje ponadczasowe znaczenie, zatem każdy fragment, każdy centymetr kwadratowy obrazu, musi być uchroniony i przekazany – w nieskalanej formie – potomności. Może ma jakiś walor wychowawczy tego typu idealizacja i mitologizacja przeszłości, trudno jednak uwierzyć, by przyniosła – przekazana kolejnemu pokoleniu – umiejętność radzenia sobie z problemami społecznymi, a w szczególności sztukę tworzenia wielorakich kompromisów, by samemu żyć i pozwolić żyć innym. Konserwatysta, przyodziewający srebrną zbroję, wyruszający na wojnę w obronie swego wyidealizowanego i zmitologizowanego świata, jest Don Kichotem, osobnikiem szlachetnym, lecz nie uznawanym przez ogół za zbyt mądrym. Mądry człowiek raczej odróżnia wiatrak od smoka; jeśli decyduje się, by na przemoc odpowiedzieć przemocą, nawet ryzykując własne życie, jest świadomy czego i dlaczego broni.

Szkodliwszym dla zdrowia od pana Kiszota jest typ, którego wypadałoby nazwać „oksymorończykiem”. Modnym się stało prezentowanie w mundurze Konserwatywnego Rewolucjonisty, bez refleksji, że w tej zbitce rzeczownik wyklucza przymiotnik. Rewolucjonista z reguły jest nihilistą, kierując się świadomością głupca, odrzuca wszystko co jest i co było, nie ma ochoty korzystać ze zbiorowiska ludzkich doświadczeń, w imię przekonania, że zna receptę na świat idealny. Przymiotnikiem podkreśla, że to swoje przekonanie osadził na jakimś obrazie przeszłości. Nie jest to novum, wystarczy mieć na tyle samozaparcia, by zmóc i przeczytać opowieść pana Engelsa o powstaniu rodziny i własności prywatnej. Z ułamków informacji konstruuje się mityczny obraz „złotego wieku”, gdzie nie było własności i wyzysku, gdzie zbędna była rodzina, bo istniała naturalna wspólnota, w której człowiek człowiekowi bratem, a nie skrępowani przepisami prawa ludzie wyrażali w swych działaniach same dobro. W imię tworzenia takiego Królestwa Bożego trzeba dziś zrobić rewolucję, zburzyć co się da, wymordować wszystkich „złych”, a wtedy zapanuje ogólna szczęśliwość. Znam sporty ekstremalne bezpieczniejsze dla ludzi od pasji rewolucyjnych, może więc lepszym jest, by skłonności autodestrukcyjne wyrażały się aktywnością fizyczną, a nie umysłową.

Mnożyć można obrazy różnych typów w bestiarium określających siebie jako konserwatystów. Przykrym jest tylko, że tego rodzaju typy, pchane ambicją na ekrany i afisze, zatarły prawdziwe znaczenie słowa „konserwować”. A raczej powiedzmy, by samemu nie popaść w zbędną pychę, konserwują one nie takie wartości, które służą społecznemu rozwojowi, czyniąc to, w dodatku, metodami odrażającymi. Nie wystarczy się przebrać w mundur, garnitur czy sutannę, by stać się mądrym konserwatystą; tak jak nie wystarczy chodzić na dwóch nogach by udawać człowieka.

Dlaczego jednak otwieram rok tego typu ułomnym rozważaniem, zamiast dokonywać rutynowej o tej porze analizy podsumowującej rok poprzedni lub prognozującej, co stanie się w tym nowym. Otóż, wszelkie analizy są bezużyteczne, jeśli zamiast wydobywać zacierają istotę problemu. Stało się tak, wolą wyborców, że rządy nad Polską przejęli polityczni przedsiębiorcy, za swój cel podstawowy uznający rozszerzenie zakresu swojej władzy. Ta ich ambicja zderzyła się z wartościami, uznawanymi przez nas za normalność. Normalność, czyli coś określanego ogólnie akceptowanymi przepisami prawnymi, w tym przede wszystkim Konstytucją; a także niepisanymi zasadami, zwanymi przyzwoitością, wynikającymi z zakorzenionych norm moralnych. W 2023 r. czekają nas wybory parlamentarne; są one szansą by nie tylko zmienić ekipę przedsiębiorców rządzących naszym państwem, ale co ważniejsze, by przez tą zmianę przywrócić normalność.

Ta szansa łączy się ściśle z rozważaniami o stylu konserwatywnym. Konserwatyzm w działaniu może wyrażać się dążeniem do przywrócenia normalności, ale może także być blachą czołgową konserwującą nienormalność. To nie zależy od tego jak siebie nazwiemy, tylko od cechy skrywanej w kłębowisku zwojów mózgowych. Szkodliwym relatywizmem jest stawianie równości między mądrością a głupotą, w imię fałszywej troski o równość i godność osobistą jednostek ludzkich. Nie urąga demokracji modlitwa o zwycięstwo rozumu.

dla cz.info.pl Jarosław Kapsa