Prosta droga do katastrofy

Raczej zawróć, raczej nadłóż parę staj,
Choćby ziąb cię spalił, wiatr oślepił -
Przed tą karczmą nie zatrzymuj sań:

/Jerzy Liebert „Jurgowska karczma”/

Nie powozimy, nie kierujemy, nie mamy żadnego wpływu, gdzie nas sanie niosą. Apel słuszny, lecz pusty. Wiosną możemy się obudzić poza strukturami Unii Europejskiej. Wiemy, że oznaczać to może cywilizacyjną katastrofę; nie chce tego Prezydent RP, nie chce Premier RP i większość rządu, nie chce większość parlamentarzystów.

Za dalszym członkostwem w UE opowiada się blisko 80% społeczeństwa, w tym wielu głosujących na PiS. Zagorzali zwolennicy tzw. Zjednoczonej Prawicy wiedzą, że UE to frukta, które zjadają na obiad i kolację. Europoseł Jadwiga Wiśniewska nie zrezygnuje z diet w euro, dzięki którym ze zwykłej nauczycielki awansowała do elity finansowej powiatu myszkowskiego. Minister Szymon Giżyński nie chciałby rezygnować z możliwości rozdzielania „swoim” pieniędzy z Brukseli. Wyjście z UE także dla nich jest widmem osobistej katastrofy. Dlaczego więc nie chcą słuchać poety, nie zawracają, idą drogą prostą do nieszczęścia.

Rzeczy czasem same się dzieją, gdy brakuje odwagi decyzyjnej. Przypomnę tu sprawę Turowa, kosztowną i coraz trudniejszą do rozwiązania. Nie doszło by do sporu, gdyby zarząd PGE przestrzegał polskich przepisów prawnych; gdyby realizując budowę nowego bloku energetycznego sporządził zgodnie z procedurami raport o oddziaływaniu na środowisku i – w myśl porozumienia z mieszkańcami sąsiadującymi z inwestycją – zrekompensował im poniesione straty. Zarząd jednak myślał ze stereotypową arogancją: inwestycja państwowej firmy jest działaniem dla „dobra Polski”, „dobro Polski” stoi ponad indywidualnym dobrem mieszkańców, więc niech się walą. I tak arogancja zarządu PGE doprowadziła do sporu polsko-czeskiego, kosztuje on nas już ponad 60 mln euro kary. Rok temu szacowane oczekiwania rekompensaty ze strony mieszkańców, sąsiadujących z „workiem turoszowskim” czeskich miejscowości, wynosiły 25-30 mln euro. Płacimy więc ogromne pieniądze „bezdurno” w imię honoru i dobrego samopoczucia „grupy trzymającej władzę”.

Znacznie droższy jest spór o Izbę Dyscyplinarną. Kara za niewykonanie wyroku TSUE wynosi 1 mln euro dziennie, suma przekracza obecnie 80 mln euro. Ta kara jest jednak tylko jednym z elementów nacisku UE na przywrócenie w Polsce zasad praworządności. Łączy się z tym także wstrzymanie środków z Funduszu Odbudowy oraz niepewność uzyskania pomocy unijnej z okresu planowania 2020-2025. Spór „turoszowski” jest kosztowny, ale nie niebezpieczny. Było, jest i będzie wiele podobnych sporów wewnątrzunijnych; są tu wypracowane ścieżki mediacji, arbitrażu oraz ponadnarodowego orzeczenia sądowego. Nie jest to spór państwa polskiego z UE, lecz spór PGE z mieszkańcami kraju libereckiego; zaangażowanie rządów raczej utrudniło, niż pomogło rozwiązać konflikt.

Kwestia Izby Dyscyplinarnej ma inny wymiar, dotyczy on „unijnej Konstytucji” - art 47 Karty Praw Podstawowych „Każdy ma prawo do sprawiedliwego i jawnego rozpatrzenia jego sprawy w rozsądnym terminie przez niezawisły i bezstronny sąd ustanowiony uprzednio na mocy ustawy”. Tu nie ma przestrzeni wzajemnych ustępstw.

Unia Europejska to obszar swobody przepływu ludzi, idei, produktów, usług, w którym każdy obywatel państwa UE ma takie same prawa podstawowe w każdym z państw unijnych. Korzystają z tego Polacy mieszkający lub pracujący w Niemczech, Francji, Hiszpanii itd. Wzajemnie Niemiec czy Grek mają u nas równorzędny z Polakami dostęp do pracy, nauki, świadczeń społecznych, dysponują czynnym i biernym prawem wyborczym w samorządzie terytorialnym, korzystają na równi z naszymi obywatelami z praw stowarzyszenia, zgromadzenia i wolności słowa. Prawo nie jest fikcją jeśli istnieją instytucje stojące na jego straży. Nie istnieje nienaruszalność własności, nie istnieje wolność słowa, nie istnieje wolność stowarzyszenia, nie działa samorząd terytorialny, gdy brak jest bezstronnych i niezawisłych sądów, gdy nie jest respektowane prawo każdego do sprawiedliwego i jawnego rozpatrzenia jego sprawy w rozsądnym terminie. Problem praworządności nie dotyczy sporu biurokracji unijnej z biurokracją polską; jest kwestią obrony podstawowych praw obywateli UE (w tym Polaków) przed zachłannością rządu warszawskiego. Spór ten nie dotyczy tylko Izby Dyscyplinarnej, ale całokształtu działań rządu PiS nieszczących warunki funkcjonowania bezstronnych i niezawisłych sądów.

Bezstronność i niezawisłość sądów w Polsce gwarantuje Konstytucja RP. Art 173 mówi: „Sądy i Trybunały są władzą odrębną i niezależną od innych władz.”; instytucją temu służącą jest KRS, zgodnie z art 186 „Krajowa Rada Sądownictwa stoi na straży niezależności sądów i niezawisłości sędziów”. Art 187 precyzuje skład: „Krajowa Rada Sądownictwa składa się z: 1) Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego, Ministra Sprawiedliwości, Prezesa Naczelnego Sądu Administracyjnego i osoby powołanej przez Prezydenta Rzeczypospolitej, 2) piętnastu członków wybranych spośród sędziów Sądu Najwyższego, sądów powszechnych, sądów administracyjnych i sądów wojskowych, 3) czterech członków wybranych przez Sejm spośród posłów oraz dwóch członków wybranych przez Senat spośród senatorów”. W 2017 r. doszło do istotnego sporu między polityczną władzą PiS a środowiskiem sędziowskim, o sposób wyboru KRS. Większość sejmowa narzuciła ustawę zmieniająca zasady; środowiska sędziowskie i społeczeństwo mogły zgłaszać kandydatów, ale wyboru spośród zgłoszonych miał dokonać Sejm. Opinia większości środowiska sędziowskiego, większości autorytetów z zakresu prawa konstytucyjnego, większości praktyków i teoretyków prawa była jednoznaczna; ten sposób wyboru narusza art 173 Konstytucji, przyznaje bowiem większości sejmowej zwierzchnictwo nad instytucją stojącą na straży niezawisłości sądów.

Podobna jest opinia KE i Parlamentu Europejskiego, dostrzegającego w wadliwym trybie wyboru KRS naruszenia art 47 Karty Praw Podstawowych. Zgodnie z orzeczeniem TSUE ta nowa KRS nie ma prawa uczestnictwa w powoływaniu nowych sędziów; konsekwentnie – wyroki wydane przez takowych sędziów uznane mogą być za nieważne. Przypomnijmy tu art 179 Konstytucji: sędziowie są powoływani przez Prezydenta na wniosek KRS; jeśli wniosek został złożony przez wadliwie obsadzoną instytucje – powołanie sędziego jest nieważne.

Problem KRS jest dziś najistotniejszy dla przywrócenia, oczekiwanego przez UE, stanu praworządności w Polsce. Jest także istotną sprawą dla przywrócenia podstawowego ładu. Jest już kilkuset sędziów wadliwie powołanych, przekłada się to tysiące orzeczeń w różnorodnych, ważnych dla zwykłych ludzi sprawach karnych, cywilnych, rodzinnych. Nie jest pewnym czy nie zostanie podważony wyrok skazujący złodzieja, nie jest pewnym rozstrzygnięcie o podziale własności w postępowaniu spadkowym, można nawet podważyć orzeczenie o rozwodzie, jeśli wskaże się wadliwą obsadę sądu. To nie „wielka polityka”, to rzeczy podstawowe; nie może funkcjonować społeczeństwo, gdy podważona jest pewność sądowych orzeczeń. Instytucje UE naraziłaby się na zarzut skrajnej niegospodarności, gdyby przekazały choć 1 euro od europejskiego podatnika do krainy, „gdzie przykazań brak dziesięciu”, gdzie nie obowiązuje art 47 KPP – prawo do bezstronnego i niezawisłego sądu.

Rzecz się jednak dzieje, choć rządzący mają świadomość, że praworządność wymaga zmiany zasad wyboru KRS i przywrócenia jej autorytetu jako strażnika niezawisłości sądu. Formalnie jednak obowiązuje ustawa z 2017 r. i to na tej podstawie w początkach grudnia pani Witek, Marszałek Sejmu, ogłosiła nabór kandydatów. Formalnie zgłaszać ich może grupa 25 sędziów lub 2 tys. obywateli. Opinie o zgłoszonych wydają prezesi sądów (nominowani przez ministra Ziobro). Spośród, tak zgłoszonych i zaopiniowanych przez pana Ziobro, osób Sejm dokonuje ostatecznego wyboru większością 3/5 przy obecności połowy Izby; gdy takowa większość jest niemożliwa, w powtórzonym głosowaniu wystarczy zwykła większość. Zgodnie z przyjętym kalendarzem – wybór ten nastąpi w marcu. Partie opozycyjne (KO, Lewica, PSL, Polska 2050) odmówiły udziału w tym bezprawiu, kandydatów nie zgłaszają broniące niezależności sędziowskiej. Ta absencja pozornie jest na rękę PiS-owi; wystarczy 231 głosów w Sejmie by wybrać kolejną KRS obsadzoną przez pana Ziobrę. Tylko ten sukces jest samobójczy.

Można przewidzieć dalszy ciąg. Przed spodziewanym wyborem nowej neo-KRS władze Polski miały pewien margines, by zawrócić sanie. Można było zlikwidować Izbę Dyscyplinarną i uchwalić nowy, zgodny z wymogami Konstytucji, tryb wyboru KRS. KE zaakceptowała by takowe działania, jako dowód przywracania praworządności. Nie musielibyśmy płacić 1 mln euro dziennie kary, uruchomione zostałyby dla Polski środki z Funduszu Odbudowy, można byłoby planować jak wydać kolejne środki unijne z następnego okresu planowania. Pan Morawiecki miałby czymś się chwalić na bilbordach, spodziewany napływ euro wzmocniłby złotówkę hamując wzrost inflacji, poprawiłby wiarygodność finansową samorządów i wzmocnił podmioty gospodarcze. Paradoksalnie to „zawrócenie sań” mogłoby zwiększyć szansę na wygraną PiS w wyborach parlamentarnych 2023 r.; bo to co dobre, przykryłoby pamięć o wcześniejszym źle. Pani Wiśniewska dalej zarabiałaby diety w euro, pan Giżyński dzielił się ze swoimi pieniędzmi z Brukseli, wyszarpano by nawet trochę miliardów na umocnienie obajtkowskiego Orlenu i PiS-owskiego PGE. Ale to „zawrócenie sań” wymaga odwagi. Niestety odwaga nie jest cechą powszechną w polityce, dlatego tak w ulicznych zadymach jak i w rewolucjach, garstka radykalnych idiotów potrafi narzucić swoją wolę rozsądnej większości. Wystarczy chłopięco-chuligański zarzut: „co pękasz”, by teoretycznie mądrzejsze kierownictwo zmuszone się czuło udowodnić wobec tłumu swą bojowość. Zwrotu więc nie będzie, tylko dalsze „bojowe” żeglowanie w kierunku góry lodowej.

Po wyborze nowej neo-KRS Parlament Europejski uznać musi poważne zagrożenie praworządności w Polsce. KE, nawet gdyby chciała się kierować kompromisowym „duchem Angeli Merkel”, nie będzie miała wyjścia. Musi zastosować zasadę „pieniądze za praworządność”. Przewidzieć można reakcję, bo jest ona widoczna w tych „bojowych” okrzykach Ziobry i spółki: nie będziemy płacić żadnych kar dla Unii, nie będziemy respektować orzeczeń TSUE. Znaczna część środków pomocowych z UE jest „niewidoczna” przez ogół społeczeństwa. Na razie realizujemy inwestycje na podstawie podpisanych już umów z poprzedniego okresu planowania; Częstochowa nie straci środków na modernizację DK-1 lub ulicy Głównej, bo umowy podpisane są respektowane. Abstrakcyjnie brzmią słowa, co możemy stracić w przyszłości... Rząd może zagłuszać straty za pomocą propagandy i realizować „ambitne” inwestycje metodą „druku pustego pieniądza” lub szukając kapitału w Chinach i Rosji. Najtrudniejszym zadaniem dla rządu stanie się zrekompensowanie dopłat bezpośrednich dla rolników, gdy UE wstrzyma finansowanie. Tu nie będzie wyjścia, pod naporem radykałów rząd wstrzyma się z przekazywaniem składki do budżetu UE (6,5 mld euro), a uzyskane oszczędności wyda na pomoc rolnikom.

Dzieje się tak, choć nikt nie chce by tak było. Zamrożenie pomocy unijnej dla Polski będzie wynikiem aroganckiego naruszenia norm praworządności. Jeśli Polska w odpowiedzi przestanie płacić składkę, to znaczy, że na własne życzenie wykreśla się z UE. Nie ma organizacji, które nie wykreślają członków nie płacących ustalonych składek... Owszem, UE nie jest zwykłym stowarzyszeniem, zacznie się długotrwały proces rozwodowy. Otwartość granic jest korzystna zarówno dla Polaków jak i dla większości krajów unijnych. Polski pracownik i polskie produkty są niezbędne gospodarce niemieckiej; w jej interesie jest by możliwie długo trwała „prowizorka”: Polska poza UE, lecz w strefie Schengen i w jednolitym obszarze celnym. Jest to jednak konstrukcja „chwiejna”: mogą pojawić się bariery sanitarne blokujące eksport polskiej żywności, mogą pojawić się cła nakładane na wyroby o zbyt wielkim, jak na normy unijnej polityki klimatycznej, „śladem węglowym”. Dewaluacja złotówki po „polexit”, spowoduje, że praca Polaków będzie bardzo tania; tym samym może zostać uruchomiony mechanizm obrony własnych rynków w krajach unijnych przed konkurencją naszych zasobów pracowniczych. Będziemy więc w sytuacji obecnej Ukrainy; niby Europa się otwarzyła, ale tak nie do końca.

Nie muszę rozwijać tu wróżb z zakresu bezpieczeństwa Polski po „polexit”. Dziś możemy czuć się bezpieczni i silni, bo jesteśmy w UE, bo mamy wpływ na politykę UE. Jutro będziemy w sytuacji Ukrainy, Gruzji, Mołdawii, z niepokojem obserwujących, czy zachód ich nie zdradzi. Nie rozwijam... Konflikt ukraiński wydaje się naszym rządzącym argumentem przemawiającym za ich „bezkompromisowością”. Przecież UE nie może się, w obliczu konfrontacji z Putinem, pozbyć naszego silnego i odważnego państwa; przecież pełnimy rolę „przedmurza” Europy. Nie wierzmy nadmiernie we własne mity. Wspólnota europejska, od chwili powstania, przechodziła liczne, dramatyczne momenty konfrontacji z Rosją Sowiecką. Przetrwała, utrzymała jedność, uniknęła wojny, odniosła w ostatecznych rachunku ogromne zwycięstwo. Nie potrzebowała do tego „bohaterstwa” Polaków. Zresztą rząd, który odbiera wolność swoim obywatelom, nie jest dobrym sprzymierzeńcem, gdy dąży się do utrzymania europejskich wartości.

Rzeczy czasem się dzieją same przez się. Brak odwagi, oportunizm, szantaż cynicznych karierowiczów, zagubienie opozycji, brak determinacji w obronie najważniejszych wartości... Potomni rozliczać nas będą za owe polskie grzechy, powodujące niechciany „polexit”, marnujące najlepsze w naszej historii szanse na trwały i bezpieczny rozwój. Stalin w czerwcu 1941 r. powiedział w desperacji: przesraliśmy dziedzictwo Lenina... Czy podobnymi słowami skwitujemy rok 2022?

dla cz.info.pl Jarosław Kapsa