Droga po moczarach

W sporach, zwłaszcza rodzinnych, skuteczna bywa polityka ping-pongowa. Zaczyna się od pretensji o niewyniesienie śmieci; jak się znajdzie dobre wytłumaczenie (akurat złamałem nogę), to otwiera się ostrzał wypominaniem rozmaitości z kilkudziesięciu lat dowodzących, że faceci to świnie...

Polityka współczesna w naszym kraju przypomina atmosferą kuchenne awantury, piłeczki ping-pongowe latają, fakty i kłamstwa znaczą tyle samo, dyskusja z każdym zarzutem jest niemożliwa, bo nim coś powiesz, leci kolejna piłeczka.

Epizodem, taką jedną z piłeczek, było głośno zapowiadane spotkani pani marszałek Witek z przedstawicielami parlamentarnej opozycji. „Twarda” nasza opozycja z dumą głosiła w mediach, że w końcu ktoś zauważył jej gotowość do odpowiedzialności i współpracy z rządem w sprawach dla Polski najważniejszych. Miano ponoć wzmocnić pragmatyczne skrzydło partii rządzącej i, w ten sposób, pomóc premierowi Morawieckiemu w przeciwdziałaniu skutkom kolejnej fali COVID.

Opozycja była jak panna gotowa cnotę stracić dla Ojczyzny; niestety nikt nie był tym jej powabem specjalnie zainteresowany. Pani Witek nie kryła, że spotkała się, bo jej kazali, chociaż sens tego jest dla niej wątpliwy. Premier z niechęcią bąkał coś o „sondowaniu intencji opozycji”. Nawet Minister Zdrowia i jego rada doradcza nie poszli na spotkania, ograniczając się do podesłania niedecyzyjnego wiceministra. „Bańka” pękła zanim urosła i tyle z demonstracyjnej „odpowiedzialności” opozycji.

Epizod ten pokazuje trudność prowadzenia polityki wedle ogólnie przyjętych standardów. Owe standardy wynikają z domniemania, że rząd podejmując jakieś działania zmierza do czynienia dobra ogólnego; opozycja zatem – nawet krytykując owe działania – musi także kierować się podobnym celem. Standard ten jednak nie przewiduje sytuacji, gdy rządzących interesuje władza dla samej przyjemności rządzenia. Dobro ogólne jest tylko elementem do wykorzystania w celu utrzymania władzy.

Pokazowa próba dogadania się z opozycją dotyczyła przeciwdziałaniu COVID-owi. Ale czy rzeczywiście chciano się dogadać ? W lipcu, po rekomendacji rady medycznej, przyjęto w rządzie założenia ustawy umożliwiającej każdemu przedsiębiorcy kontrolę, czy jego pracownicy są zaszczepieni. Nie było to szczególne ograniczenie praw pracowniczych; to już działa w różnych formach. Chcąc pracować w gastronomii musisz się pracodawcy wylegitymować zrobieniem badań wykluczających nosicielstwo różnych zarazków; chcąc prowadzić TIR-a lub pociąg, też robisz badania potwierdzające zdrowotną zdolność. Są to rzeczy oczywiste, każdy świadomie godzi się z ograniczeniem swojej wolności, ze względu na bezpieczeństwo i zdrowie innych osób. Brzmi to okrutnie i kapitalistycznie, ale gdy kelner nie chce się zaszczepić na COVID, pracodawca powinien mieć prawo odesłania go na „zmywak”, gdzie nie ma kontaktu z klientami; uczyni to dla dobra ogólnego, bo nie chce płacić za koszt choroby pracownika, ani tym bardziej odszkodowania dla zarażonego klienta. Projekt gotowy był w lipcu. Przez kolejne miesiące rzecznik rządu sygnalizował możliwość jego wprowadzenia. Poparcie dla tego rozwiązania wyraziły środowiska przedsiębiorców, gotowość głosowania „za” była widoczna u posłów opozycji. Hamulcem dla wprowadzenia pod obrady Sejmu rządowego projektu stał się sam rząd. Nawet gdy projekt ten próbowano przemycić jako poselski, znów rząd włączył hamulec. Komiczna w tym była rola Ministra Zdrowia, jednocześnie zachwalającego i odrzucającego, to rozwiązanie.

Na tzw. promowanie szczepień, koordynowane przez pana Dworczyka, wydano ponad miliard złotych. Mieściły się w tym miliony złotych dawane panu Rydzykowi, Telewizji Publicznej, „orlenowskiej” prasie; były w tym nagrody dla „swoich” gmin i powiatów. Efekt programu kierowanego przez pana Dworczyka był żałosny: ostatnie miejsce w UE pod względem procentu zaszczepionej populacji. Gdyby w lipcu wprowadzono możliwość kontrolowania przez pracodawców zaszczepienia się pracowników, to być może wskaźnik zaszczepionych nie wynosiłby 52%, ale ponad 60%. Ponieważ śmiertelność w „czwartej fali” COVID dotyka przede wszystkim niezaszczepionych, trudno nie zauważyć śmiertelnego żniwa wynikającego z zaniechania rządu.

W początkach września pan Kaczyński, już jako wicepremier od „bezpieczeństwa publicznego”, w wywiadzie do zaprzyjaźnionego medium, zapowiedział likwidację Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. Oznaczało to wolę podporządkowania się wyrokowi TSUE i szukanie kompromisowego rozwiązania konfliktu wywołanego nadgorliwością ideologiczną pana Ziobry. Było to we wrześniu; na to rozwiązanie cierpliwie oczekiwał unijny trybunał, dopiero 27 października wydał postanowienie o naliczaniu 1 mln. euro za każdy dzień zwłoki. Podobnie trudno było mówić o pochopności TSUE w wymierzaniu sankcji (0,5 mln euro) za niewykonanie wyroku w sprawie elektrowni i kopalni „Turów”; wyrok orzeczono w maju, sankcję nałożono dopiero w połowie września. W jednym i drugim przypadku rząd ma świadomość konieczności respektowania orzeczeń. Izba Dyscyplinarna, prędzej czy później, zostanie rozwiązana; zresztą jej istnienie przyniosło więcej szkód niż pożytku wymiarowi sprawiedliwości. Tak samo, prędzej czy później, musimy zgodzić się na zrekompensowanie mieszkańcom okolic Liberca szkód powodowanych przez naszą kopalnie węgla brunatnego. Kosztowna zwłoka jest działaniem pozbawionym sensu.

Dodajmy do tego dziwną taktykę rozwiązywania konfliktu na granicy polsko-białoruskiej. Blokując dziennikarzy rząd sam sobie odbiera wiarygodność, a wyraźna niechęć wobec umiędzynarodowienia kwestii uchodźców, stukających do bram unijnych, w praktyce skazuje Polskę na grę w scenariuszu pisanym przez Łukaszenkę i Putina. Równie dziwna jest rządowa strategia wobec wzrastającej inflacji. Wyraz twarzy panów Morawieckiego i Glapińskiego, wypowiadających się w tej sprawie, przypomina, Bolka i Loka, głoszących z dumą: najpierw stworzyliśmy problem (wysoką inflację), teraz możemy pokazać jak go rozwiązujemy (tarcza antyinflacyjna). Rzecz w tym, że życie to nie „kreskówka”, ten co psuje zegarek nie zawsze jest najlepszym specjalistą od jego naprawy.

Prowadzenie kłótni metodą ping-pongową jest skuteczne tylko przez pewien czas. Potem przestaje to robić wrażenie, bo kłótnik wychodzi na nieudacznika, któremu żadnego problemu rozwiązać się nie udało. Rząd ugrzązł na moczarach i to, bynajmniej, nie wskutek ataków „wrogów wewnętrznych i zewnętrznych”, ale sam z siebie. Prezentowana buńczucznie „obrona polskiego interesu” nie wygląda jak obrona Zbaraża czy Jasnej Góry z kart Sienkiewicza, bardziej jak ten obóz pod Piławcami, gdzie różne Łaszcze i inne Szlach-Ciury wpadły w samozachwyt nad swoją walką z podstępnym Kozakiem i Tatarzynem. Widoczny, w opisanych, wyżej sprawach, brak decyzyjności, ilustruje największy problem: kto dziś rzeczywiście rządzi Polską.

W świecie polityki zagranicznej liczy się wiarygodność decyzyjna. Można uzgodnić kompromis z ludożercą, jeśli mamy pewność, że ten ludożerca zdolny jest wypełnić zobowiązania. Trudniej robić interesy z polskim prezydentem lub polskim premierem, bo wielokrotnie udowodnili swój brak wpływu na zachowanie polskiego państwa. Kto poważnie potraktuje premiera, który na unijnym szczycie obiecuje likwidację Izby Dyscyplinarnej i przywrócenie w Polsce norm europejskich w wymiarze sprawiedliwości; po czym po powrocie do kraju wypiera się swych słów ? Nie jest widokiem poważnego polityka, ale raczej idioty-wesołka, uśmiechnięta twarz prezydenta, dumnego, że naród polski tak kocha wolność, że nie da się zaszczepić. Premier, który nie decyduje nawet, kto w jego rządzie jest ministrem, raczej nie zasługuje na poważanie; podobnie prezydent, który zamiast stać na straży konstytucji i bezpieczeństwa wszystkich obywateli, woli wesołkowato basować gawiedzi. Kto rządzi ? Pan Kaczyński „z ukrycia”? Widać wyraźnie, że jego wola nie była w stanie przełamać szantażu pana Ziobry. Teraz nawet problemem jest szantaż Mejzy i jemu podobnych.

Jeśli wódz ustępuje przed tłumem traci zdolność przywódczą. Zastępy wiernych wojsk rozpełzły się po taborach, żrą konfitury i nie widzą powodu, by dzielić się z kimkolwiek. „Nie oddamy ani guzika” - to hasło dnia jest mirażem paraliżującym wodza. Nawet najwyższa kadra dowódcza zaczyna kombinować jak ewakuować się z tego domu wariatów, uwolnić się od odpowiedzialności, zapewniając sobie, daleką, ale stabilną posadkę: może ambasada, może jakaś synekurka w instytucji unijnej. Władza udaje, że rządzi, społeczeństwo udaje, że ją słucha. Piławce w całej krasie...

Zwlekanie ma swoja cenę. W 1987 r. ekipa Jaruzelskiego miała świadomość, że musi, jeśli nie oddać, to przynajmniej podzielić się władzą. Nie wynikało to z siły opozycji lub nacisku zagranicznego; zdano sobie sprawę, że zawiodły wszelkie próby reanimacji socjalistycznej gospodarki, Polska była bankrutem, skończył się miraż „wszystkomożności”. Ekipa Jaruzelskiego miała świadomość, ale musiały minąć dwa lata, nim zdecydowano się na ustępstwa. Za silny był opór partyjnego aparatu, któremu nie mieściła się w głowie wizja jakiegokolwiek ograniczenia posiadanej władzy. Dwa lata zwiększyły koszt wymierny, zapłacony w ramach reformach Balcerowicza. Koszt, który musiało pokryć oszukiwane przez socjalistyczną władzę społeczeństwo.

Za kilka lat zapłacimy także wysoką cenę ratowania zbankrutowanej Polski. Im później odebrana będzie władza PiS-owi, tym cena ta będzie wyższa. Taka jest przykra prawda. I co z tym zrobimy?

dla cz.info.pl Jarosław Kapsa