Niebezpieczeństwo energetyczne

Jesteśmy, jako społeczeństwo, uzależnieni od energii elektrycznej, a w perspektywie liczyć się musimy tylko z wzrostem owego uzależnienia. Przypomnę tu gorzkie doświadczenie z 2010 r., gdy awaria linii przesyłowych pozbawiła prądu na kilka dni mieszkańców powiatu częstochowskiego i myszkowskiego.

Przetrwać mogli ci najbardziej zacofani, nauczeni doświadczeniem życiowym, że w razie czego warto mieć świeczkę i studnie z kołowrotem. Im bardziej nowoczesne gospodarstwo, tym gorzej: bez światła, bez komunikacji (zamilkły nienaładowane komórki), bez wody (bez energii nie działały wodociągi i kanalizacja), bez komputerów, radia, telewizji, bez ogrzewania, z zablokowaną „automatyczną” bramą wjazdową... itd.

Takie doświadczenie uświadamia jak ważne dla każdego jest bezpieczeństwo energetyczne. Jednocześnie trzeba sobie powtarzać w nieskończoność: nasz strach jest najlepszym sojusznikiem spragnionych władzy przedsiębiorców; gdy uwierzymy, że trzeba zrezygnować z wolności w zamian za bezpieczeństwo, to w efekcie stracimy i wolność i bezpieczeństwo. Bezpieczeństwo energetyczne dotyczy odbiorcy: mieszkańca lub przedsiębiorcy, konkretnego podmiotu mającego prawo liczyć na ciągłość dostaw zamówionego produktu, a także na obronę przed wyzyskiem ze strony monopolisty-dostawcy. Takie bezpieczeństwo energetyczne jest konkretem; abstrakcją jest zastąpienie go przez ogólnikowe „bezpieczeństwo energetyczne państwa”. Ten ogólnik prowadzi tylko do deifikacji państwowych koncernów, do przyjęcia zasady: co jest dobre dla Taurona i PGE jest dobre dla Państwa, a co jest dobre dla Państwa musi być dobre dla obywatela. Kiedyś też mieliśmy Państwo (PRL), też mieliśmy państwowe koncerny (np. Hutę Katowice) i – bynajmniej – dzięki temu ani owe państwo nie było silniejsze, ani obywatele bezpieczniejsi.

Państwo nasze zmuszone jest dostosować swoją politykę energetyczną do polityki unijnej. Wyrazem tego jest przyjęta wiosna przez rząd „Krajowa polityka energetyczna” zarysowująca strategie osiągania wspólnych dla UE celów. Jednocześnie ta sama „KPE” akceptuje naszą, lokalną rzeczywistość, bezpieczeństwo energetyczne widząc w zabezpieczeniu bezpiecznego monopolu państwowego oligopolu. Pal licho, obywatel, „jednostka niczym”, ważne są nasze „czebole”, „globalne” koncerny, tworzące miejsca pracy, PKB, a przede wszystkim przynoszące wielkie dochody do kasy Państwa. To nic, że z natury państwowe koncerny są zaprzeczeniem gospodarności; że dobór kadry zarządczej w nich odzwierciedla feudalny zwyczaj wynagradzania przez księcia włościami swoich, lojalnych rycerzy; że państwowy monopol jest gorszy od prywatnego, bo brak jest skutecznej przeciwwagi w nadzorze; że koncern socjalistyczny to metoda prywatyzacji zysków i uspołeczniania strat... itd.

Wystarczy ludowi przesłonić oczy szmatką biało-czerwoną, podbić plemienny patriotyzm, byśmy powyższych „drobiazgów” nie zauważali. Gdybyśmy jednak ową szmatkę z twarzy zerwali, to wydarzenia ostatnich tygodni uświadomiły by nas, że to nie UE i jej idea „dekarbonizacji”, ale prymat interesu PGE (i jemu podobnych) nad interesem obywateli, jest kwestią, z tematu bezpieczeństwa energetycznego, najważniejszą.

Sygnałem ostrzegawczym była awaria większości bloków w elektrowni bełchatowskiej. Drobny błąd spowodować mógł ogromną ogólnopolską katastrofę, Bełchatów odpowiada za 17% ogólnej produkcji energii w kraju, a jego moc wytwórcza może zapewnić 22% krajowego zapotrzebowania. Awaria tak dużego dostawcy to „blackaut”, odcięcie od cywilizacji, 1/5 Polski. Nie odczuliśmy tego w maju, zadziałał system gwarantujący nam bezpieczeństwo. Przez ponadgraniczne „mosty energetyczne” - dwa z Niemcami, dwa z Czechami i jeden ze Słowacją – przesłano energię wytworzoną w różnych państwach europejskich. Zadziałała „kapitalistyczna” wolnorynkowa gwarancja bezpieczeństwa energetycznego.

Propaganda rządowa wolała to przemilczeć. „Mosty energetyczne” powstawały pod naciskiem UE, przy wyraźnej niechęci kolejnych polskich rządów. Oprócz wspomnianych realizowany jest (długo i niechętnie) jest most z Litwą, z krajami Skandynawskimi; blokowana jest budowa takowego z Ukrainą i rosyjskim Obwodem Kaliningradzkim. Twierdzenie, że w ten sposób bronimy się przed uzależnieniem naszej gospodarki od dostaw energii z obcych państw, jest – najdelikatniej mówiąc – przesadzone.

Dlaczego groźniejsze miałoby być uzależnienie od rosyjskiej energii od uzależnienia od dostaw rosyjskiego węgla elektrowni w Ostrołęce ? Raczej rozbudowa „mostów” w wielu kierunkach to prawdziwa dywersyfikacja, pozwalająca wykorzystać mechanizm konkurencyjności, uniezależnić się od dyktatu monopolistów. To nie obywateli polskich broni się przed rosyjskim zagrożeniem; broni się polskich monopolistów, PGE, Tauron itp., przed wolnym wyborem obywateli. Z przerażeniem prezesi tych koncernów patrzą na zapisy dotyczące otwarcia energetycznego rynku Europy, gdzie do 75% mocy przesyłowej „mostów” powinno być udostępnianych na zasadzie wolnorynkowych. Co wtedy, gdy mieszkańcy Katowic i Częstochowy zamiast „bulić” na Tauron będą kupowali czeską energię, a mieszkańcy Krakowa słowacką lub ukraińską?

Kolejną lekcją jest polsko-czeski spór o plany inwestycyjne elektrowni Turów w Turoszowie. Spór powstały dzięki arogancji „baronów” polskiej energetyki. Wróćmy tu jeszcze do Bełchatowa. PGE w latach 2007-2016 zrealizowało ogromną, kosztująca 7,7 mld zł inwestycje, modernizację 10 z istniejących 12 bloków. Modernizacja zmniejszyła ilość emitowanych zanieczyszczeń (elektrownia dzięki temu nie może być zamknięta jako „truciciel”), zwiększając jednocześnie moce wytwórcze z 30 do 37 TWh. Zwrot inwestycji może być jednak zagrożony, pokłady węgla w eksploatowanych odkrywkach pod Bełchatowem i w Szczercowie skończą się za dziesięć lat, dla wykorzystania mocy nowych bloków potrzebne są nowe źródła dostaw węgla brunatnego.

Z tym bezpośrednio łączy się plan budowy nowej „odkrywki” pod Złoczewem. Koszt budowy to 15 mld. zł, to jednak nic w porównaniu z kosztami środowiskowymi, a raczej kosztami ludzkimi. Budowa kopalni wymaga przesiedlenia 3 tys. mieszkańców i likwidacji 33 miejscowości. Stara „odkrywka” w Bełchatowie wytworzyła lej depresyjny, którego skutki (obniżenie lustra wód gruntowych) odczuwano nawet w Pajęcznie i Działoszynie. Lej depresyjny nowej odkrywki odczuwany może być pod Wieluniem, Sieradzem i Wieruszowem; zniszczone może być słynące z upraw chrzanu i ogórków rolnictwo, wraz ze związanym z tym przetwórstwem.

Dobro PGE – dobrem Państwa, więc mimo protestów lokalnych społeczności RDOŚ w Łodzi wydało w 2018 r decyzję zgadzającą się na budowę kopalni. Odwołania organizacji ekologicznej zmusiły GDOŚ do ponownego rozpoznania sprawy. Przyjęta wiosną KPE mówi już o wstrzymaniu planów inwestycyjnych, ze względu na unijną politykę dekarbonizacji. Mamy tu więc przykład wyraźny: rząd i państwowe instytucje nie bronią swoich obywateli w sporze z państwowymi monopolistami, przeciwnie stają się narzędziami w rękach państwowych koncernów. W tym wypadków obrońcą interesu zwykłych, polskich obywateli są organa UE.

Podobną sytuację mamy w Turoszowie. 14 maja 2021 r. oddano w elektrowni Turów do użytkowania nowy blok o mocy 496 MW, wybudowany kosztem 4 mld zł, dzięki niemu produkcja kopalni wzrośnie do 3 TWh, umożliwiając zaopatrzenie 3,3 mln. gospodarstw. Warunkiem wzrostu produkcji jest eksploatowanie nowych złóż; planowany obszar wydobycia miał zostać poszerzony o 30 km²., nowa odkrywka miałaby głębokość do 330 m. Gdy oddawano do użytku nowy blok elektrownia działała w oparciu o koncesje, która wygasała w 2026 r. Bez przedłużenia koncesji i bez rozpoczęcia wydobycia węgla w nowym miejscu, budowa bloku byłaby wyrzuceniem 4 mld zł w błoto. Czesi, a także Niemcy od kilku lat protestowali przeciw planom rozbudowy Turoszowa; czynili to z tych samych względów co polscy mieszkańcy z powiatu wieluńskiego. I tak jak w Bełchatowie tak i tu PGE przeszła nad tym z arogancka wyniosłością, pewna, że obowiązkiem rządu jest obrona koncernu. A organy państwa potulnie, nie rozmawiając nawet z Czechami, wydały 21 maja 2021 r decyzję o przedłużeniu koncesji do 2044 r. oraz wstępną zgodę na eksploatowanie nowych złóż. Można było tryumfalnie krzyknąć na granicy: hej, Pepiki, ukradliśmy wam wodę, zniszczymy wasze pola, i co nam zrobicie... Dopiero interwencja TSUE (Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej) przywróciła cywilizacyjną normalność.

Opisane przypadki, czy raczej przypadłości, nakazują inaczej patrzeć na kwestie bezpieczeństwa energetycznego. Skończmy z socjalistycznym dogmatem, że interes PGE to interes państwa, więc obywatel ma temu interesowi koncernów potulnie służyć. Interesu polskich obywateli bronią dziś organy UE, rząd polski stoi po stronie koncernów tworzących energetyczny oligopol. To czego wymaga nasz, społeczny interes, to co buduje nasze bezpieczeństwo energetyczne, zawiera się w dwóch działaniach:
1) otwarcie europejskiego rynku energetycznego
2) rozwój tzw energetyki rozproszonej. Potrzebę tego pierwszego ilustruje opisana sytuacja po awarii bloków w Bełchatowie.

To drugie dla większości też wydaje się oczywiście. Po doświadczeniu z 2010 r. wielu prywatnych właścicieli domów, a także obiektów publicznych o tak istotnym znaczeniu jak szpitale, zainwestowało w prądotwórcze agregaty, zapewniające bezpieczeństwo w przypadku przerwania dostaw. Coraz więcej właścicieli domów staje się, z własnego wyboru, prosumentami – instalując solary by samodzielnie na swoje potrzeby produkować energię. Jedno i drugie jest objawem „oddolnego” tworzenia energetyki rozproszonej.

Prymat dobra koncernów energetycznych powoduje, ze ten rodzaj energetyki postrzegamy tylko jako uzupełnienie związane z upowszechnieniem OZE (odzyskiwalnych źródeł energii). Mamy wyznaczone porozumieniami unijnymi wskaźniki, więc by je spełnić zachęcamy ludzi do instalowania solarów. To połączenie z OZE nie jest fortunne. Sam rozwój OZE nie zagwarantuje nam bezpieczeństwa energetycznego, ani nie złamie oligopolu państwowych koncernów. Dla większości z nich polityka wspierająca OZE staje się przyczynkiem do wyciągania większej kasy z budżetów krajowych i europejskich, by umocnić swoją przewagę. Stąd przewidziane w ramach tzw Funduszu Odbudowy (Socjalizmu) ogromne pieniądze na wielkie fermy wiatrowe na Bałtyku, czy rozwój wielkich ferm solarowych na hałdach pod Bełchatowem. Bezpieczeństwa nie gwarantuje forma wytwarzania energii. Tak w przypadku elektrowni konwencjonalnej, jak i opartej na OZE, uzależnienie od dużego dostawcy grozi nam „blackautem” w przypadku awarii u wytwórcy lub sieci przesyłowej. Z głodu nie umrzemy, gdy we wsi są dwie piekarnie, a nie jedna, choćby najnowocześniejsza i najzdrowsza. Więc tak jak OZE może służyć wzmacnianiu wielkich, tak można sobie wyobrazić konkurencję z wielkimi przez rozwój energetyki rozproszonej wykorzystującej konwencjonalne formy (np. mała elektrownia gazowa).

Rozwój energetyki rozproszonej wymaga swoistej rewolucji technologicznej. Niezbędnym uzupełnieniem rozwoju małych wytwórni muszą stać się „magazyny energii”. Nie jest to utopijne marzenie, takowe magazyny, o coraz większej pojemności upowszechniane są już w Stanach Zjednoczonych (m.in. Tesla rozwija swoje stacje ładowania samochodów w oparciu o kontenerowe magazyny energii). Dziwić się tylko można, że w planowanym Funduszu Obudowy (Socjalizmu) rząd przeznacza miliardy złotych na „lot na Księżyc” ( rozwój energetyki wodorowej), zamiast na upowszechnienie różnorodnych form magazynowania energii. Problem technologiczny jest jednak mniej istotny od problemu polityczno-prawnego. Prosumenmt w Polsce, podobnie jak inny mały wytwórca energii skazany jest na dolę chałupnika służącego interesowi dużego nakładcy.

Przed I wojną światową hr. Raczyński w Złotym Potoku założył sobie w parku dworskim elektrownie wodną, dzięki której oświetlał pałac, a część energii sprzedawał na potrzeby mieszkańców czworaków. Nie było wtedy zakładów energetycznych, URE, PGE, PSE, CIRE i Ministerstwa Klimatu, mógł więc robić co chciał. Dziś produkując energie ze swoich solarów na swoim dachu musimy ją odsprzedać PSE, potem od PSE odkupić to co potrzebujemy, płacąc za ten obrót haracz do 20% wartości energii. A co by się stało gdybyśmy z pominięciem PSE zasilali własną, wyprodukowana przez nas energią, swoje gospodarstwo i przy okazji gospodarstwo sąsiadów ? W obronie PSE, PGE, Tauronu itp. Państwo wysłało by na nas wszystkie cztery czołgi, by wybić nam z głowy bunt.

Pod naciskiem UE rządowy KPE musi wspierać rozwój energetyki rozproszonej. Stawia sobie cel skromny (1 mln prosumentów za 5 lat, choć dziś jest już 600 tys) i nie kolidujący z tuczeniem wielkich państwowych koncernów. Tak jednak się nie da budować bezpieczeństwa energetycznego. Trzeba uwolnić ludzi, dopuścić wolny rynek w obrocie produkowaną energią, odczuć i tu „błogosławioną, niewidzialną rękę Boga” (tak wolny rynek opisał Adam Smith), zamiast dyrygującego naszym życiem łapska urzędnika. Możemy być i wolni i bezpieczni.

dla cz.info.pl Jarosław Kapsa