Banner Top

Przekop śliczny, bo socjalistyczny

Na wieść o tym, że władze państwa zamierzają uruchomić wielki program inwestycyjny, rozsądni obywatele powinni w panicznym popłochu uciekać na Kiribati, albo jeszcze dalej. Doświadczenie mówi, że urzędnicy państwowi nie są zdolni produkować prostych gwoździ, więc bezpieczniej jest trzymać ich z daleka od gospodarki.

Polityk, niestety, dąży do maksymalnego poszerzenia swej władzy, zatem żerować musi na utopijnej wierze w socjalizm, wbitej do głów metodą nauczania. Polityk:

wie, żeby doić należycie,
trzeba się włączyć bez wahania
w centralny system planowania.
Jako tłocząco-ssącą pompę
widzą ten system jego oczy,
która jak gigantyczne serce
pompuje z dołu, z góry tłoczy.
Z dołu ssie pompa ludzką pracę
bardzo zachłannie, metodycznie,
by ją przerobić w swych komorach
na płace oraz inwestycje.
Płace spływają wąską rurką,
a inwestycje — wielką rurą,
co jak najściślej jest związane
z systemu celem i naturą.
Nie temu bowiem system służy,
by prolet gnuśniał w dobrobycie,
lecz aby wizje gigantyczne
tytanów myśli wcielać w życie[1].

Dlatego współczesny polityk z takim uporem tępi się pamięć historyczną, odrzuca się fakty, w tym oczywistość: socjalizm w latach 80. zbankrutował, bo taki jest los każdego, źle zarządzanego przedsięwzięcia. Bankructwo socjalizmu nie było efektem błędu ludzkiego, nie było pokłosiem nadzwyczajnych klęsk żywiołowych, wojen czy rewolucji; było efektem błędu systemowego. Socjalistyczny PRL nie upadł przez deficyt ludzi pracowitych, przedsiębiorczych, dobrze wykształconych, lecz przez „sukcesy gospodarcze” ery gierkowskiej polegające na inwestowaniu dla samego inwestowania, bez troski o jakikolwiek rachunek zysków i strat. Piramida Cheopsa, po wybudowaniu, nie stanowiła problemu dla Egiptu, spokojnie mogła zatonąć w pasku; Hutę „Katowice” trzeba było jakoś utrzymywać...

Ponieważ, korzystając z choroby Alzheimera u starszych, pamiętających socjalizm, oraz z młodzieńczej niewiedzy połączonej z głupotą u pozostałych, rewitalizuje się epokę Gierka, a politycy ochoczo wskakują w buty „sekretorzy”; warto więc na nowo, na nowych przykładach analizować kosztowność takowych absurdów. Do modelowego wręcz przykładu należy głośna inwestycja: przekop Mierzei Wiślanej. W sprzeciwach wybijają się argumenty ekologiczne, lekceważąco traktowane przez „uprzemysłowioną” opinię publiczną. Zadajmy sobie inne pytania: jakie były przyczyny decydujące o tej inwestycji; jaki będzie efekt wydanych miliardów złotych; jakie przyszłe korzyści lub obciążenia przyniesie Polsce...?

Elbląg należy do grona byłych miast wojewódzkich, które wraz z utratą statusu regionotwórczego odczuwają społeczną i gospodarczą degradację. Ludność miasta spadła w ostatnim dziesięcioleciu ze 130 tys do 120 tys; młodzież wyjeżdża nie widząc perspektyw. Znamy ten nastrój z Częstochowy; w Elblągu słyszeć można podobnie: jak było województwo to działała stocznia, rozwijał się port, całą Polska piła piwo EB... W Częstochowie obiecują przywrócenie województwa, hutnictwa i stworzenie uniwersytetu. W Elblągu w powrót województwa nie wierzą, w swoja dobrą uczelnię też nie, tereny po stoczni są zagospodarowane nowymi przedsiębiorstwami; pozostała tylko rdzewiejąca infrastruktura portowa. Wspominając dobre czasy, mieszkańcy karmią się mitem o morskiej potędze. Tymczasem port w Elblągu był okresowym erzatzem, cennym gdy Gdańsk był polski a Elbląg pruski; w dodatku erzatzem ściśle powiązanym z konkurującym z Gdańskiem Królewcem.

Mit portu morskiego w Elblągu zrodził się w latach 90-tych z powodu dwóch, pozornie sprzecznych, impulsów. Pierwszym impulsodawcą, był kolega Jarosława Kaczyńskiego Edmund Krasowski[2]. Mundek w czerwcu 1990 r, wykorzystując rozpad świata sowieckiego, przepłynął jachtem z Elbląga przez Cieśninę Pilawską do Gdańska; był to pierwszy taki rejs po 1945 r., po podzieleniu Zalewu Wiślanego na część polską i rosyjską. Przy tej okazji rozniósł się mit, że gdyby nie twierdze wojskowe w Bałtijsku i Kalinigradzie oraz związane z nimi zablokowanie Cieśniny Pilawskiej, Elbląg kwitłby jako port morski. Mit ten uległ lekkiemu retuszowi w latach 90. Żegluga przez Cieśninę Pilawska była swobodna, dzięki temu Elbląg korzystał w symbiozie z Kaliningradem. Z Elbląga do starego Królewca pływały wodoloty, międzypaństwowy ruch obsługiwało kilkanaście stateczków pasażerskich, modna dla amatorów jachtingu stałą się elbląska marina. Jeszcze lepszym biznesem była wymiana towarowa, do Elbląga płynęły barki z rosyjskim węglem, wracały do Kaliningradu z polskimi jabłkami.

Koniec prosperity nie wiązał się tylko z ponownym zamknięciem Cieśniny Pilawskiej, lecz ze znacznie szerszymi reperkusjami sankcji nałożonych na Rosję w związku z inwazją na Krym. Nie negując słuszności politycznej polityki wschodniej, warto mieć świadomość, że przyszłość Elbląga, a także przyszłość Kaliningradu, zależy nie tylko od dostępu do Bałtyku, ale od wzajemnej otwartości obu państw na wolny handel: swobodny przepływ ludzi, towarów, usług. Przy całej złożoności stosunków polsko-rosyjskich nie sposób było nie zauważyć korzyści jakie dało utworzenie strefy „małego ruchu granicznego”, pozwalającej na swobodne przemieszczanie się, bez wiz, mieszkańcom województwa pomorskiego, warmińsko-mazurskiego i okręgu kaliningradzkiego. Niestety, dla mieszkańców tych stron, ruch ten zawieszono w 2016 r, pod pozorem organizacji przez Polskę szczytu NATO, potem zawieszenie przedłużono, bo Polska gościła Papieża, i tak ten stan zawieszenia trwa do dziś.

Problemem zatem portu w Elblągu nie jest brak dostępu do Bałtyku, ale brak dostępu do Kaliningradu. Dostęp do Bałtyku, dla jachtów, barek i innych małych jednostek istnieje, nie tylko przez Cieśninę Pilawską, lecz przez zbudowane w czasach pruskich kanały łączące port w Elblągu przez Nogat z Gdańskiem. Utrudnieniem tej drogi nie jest nawet stan kanału, lecz infrastruktura miasta Elbląg, w szczególności dwa mosty blokujące transport wodny. Port także jest dostosowany do takiego, ograniczonego wielkością ruchu transportowego; może obsługiwać statki o zanurzeniu do 2,5 m; a więc np. barki z węglem płynące przez Cieśninę Pilawską lub przez Kanał Elbląski. Warunki geograficzne są jakie są, przez Cieśninę Pilawską przepłyną statki do 8 m zanurzenia, na Zalewie Wiślanym głębokość wynosi 4-5 m., nie ma więc sensu planować w Elblągu wizyt wielkich kontenerowców i zbiornikowców.

Tego nikt nie planuje, bo i po co. Bałtyk jest morzem peryferyjnym, zamkniętym; to nie jest miejsce na ogromne porty typu Amsterdam i Hamburg; trwa tu ostra rywalizacja między już istniejącymi dużymi portami. W Polsce są 4 duże porty: Gdańsk, Gdynia, Szczecin i Świnoujście; każdy z nich musi inwestować by obronić swoją pozycję. Dzięki mądrym inwestycjom, przed wojną, Gdynia zdeklasowała Gdańsk, pogrążając to stare hanzeatyckie miasto w kryzysie. Dziś odwrotnie, dzięki inwestycjom Gdańsk wyprzedza Gdynię; połączony potencjał tych dwóch, sąsiednich portów, czyni z nich największy zespół na Bałtyku, zdolny do przejęcia ponad 30 proc. ogółu ładunków transportowanych przez ten akwen. Taki cel musi się łączyć nie tylko z rozbudową samych portów, równie istotne znaczenie ma rozwój łączącej porty z krajem infrastruktury; powstałą już autostradę A-1, powinna uzupełnić zmodernizowana linia kolejowa Porty-Śląsk. Jest to wyzwanie bardzo poważne i kosztowne, ale niezbędne przy dążeniu do zwiększeniu udziału polskich produktów w globalnym obrocie, a także opłacalne w kilkuletniej perspektywie czasowej. Jestem przekonany, że moje pieniądze włożone w obligacje służące finansowaniu inwestycji w porty Trójmiasta, przyniosą bezpieczny zarobek. Problem w tym, że przed wojną, by zyskać taki bezpieczny zarobek, linię kolejową Śląsk-Porty realizowała prywatna, komercyjna, polsko-francuska spółka akcyjna; dlatego budowa trwała 2 lata. Dziś państwo rękami państwowego PKP przez 10 lat nie potrafi naprawić linii między Katowicami a Krakowem.

Bezpieczny zarobek... tak określić można walor inwestycji. Zawsze ryzykujemy inwestując własne pieniądze, chronić nas może rozwaga. Są inwestycje o wyższym ryzyku, wynagradzane wyższym zarobkiem w przypadku sukcesu; są inwestycje dla przyszłych emerytów, gdzie najważniejsze jest bezpieczeństwo, w zamian godzimy się na niższą stopę zwrotu. Inwestujemy bezpośrednio albo za pośrednictwem banku, gromadząc oszczędności na kontach. Inwestycje świadczą o nas, informują, czy jesteśmy ludźmi odpowiedzialnymi, myślącymi już dziś o przyszłości dzieci; czy też marnotrawnymi letkiewiczami przyjmującymi, że zawsze jakoś to będzie. Owe zalety i wady widoczne są jednak tylko wówczas, gdy mamy środki i gdy możemy samodzielnie podejmować decyzje o ich przeznaczeniu. Unieważniona zostaje nasza osobowość, gdy ktoś nam zabiera zgromadzone środki, gdy ktoś za nas decyduje na co je wydać, w co zainwestować. Jak bowiem mierzyć opłacalność inwestowania cudzych pieniędzy...? Rozproszona większość okradanych z oszczędności jest rozproszona, siłą głosu dysponują lobby zainteresowane realizacją inwestycji. Na budowie piramidy zarabia faraon (zyskuje wieczną sławę), producenci kamienia, usługodawcy transportu głazów, budowniczowie, projektanci, poeci z branży pi-ar, nakładające na wszystko VAT urzędy skarbowe; jest to zatem siła zwarta korzyścią, kontra popiskiwanie odosobnionych, okradanych fellachów.

Czy ktoś kiedyś zrobił proste obliczenie, kiedy się zwróci inwestycja w przekop Mierzei Wiślanej? To nie jest trudne, wystarczy policzyć opłatę za przepływ barki i pomnożyć przez ich przewidywaną ilość; czy owe 1 mld zł wydanych na przekop pokryje opłata po 1000 zł, od każdego z planowanych tu 1 mln pływających jednostek; czy może obniżymy opłatę do 100 zł, bo pływać tu będzie 10 mln statków. To nie jest trudne. Miliard na przekop to jednak tylko część wydatków. Przekop ma mieć 5 m. głębokości, wypada do takiej pogłębić tor wodny Piaski-Elbląg i basen portowy w Elblągu. Po co? Nie wiadomo, a nuż oprócz barek z węglem zechce się nowym kanałem przeprawić jacht pełnomorski albo statek typu „Sołdek”.

Tory wodne utrzymywać trzeba stale, kosztowne jest także dostosowanie infrastruktury w Elblągu do potrzeb owego potencjalnego „Sołdka”, konieczne jest także włączenia Elbląga w zmodernizowany system lądowej infrastruktury, by dostarczony do portu towar jakoś gdzieś dalej dostarczyć. Owe dodatkowe koszty znacznie mogą przekroczyć koszt przekopu Mierzei, ale bez nich ta inwestycja nie ma sensu. Inwestycja w rozwój portów w Gdyni i Gdańsku jest nie tylko ważna ze względów prestiżowych i społecznych; to nakład, który się zwróci i przyniesie zysk. Czy to samo powiemy o przekopie i porcie w Elblągu. Czy ktoś kiedyś przedstawił jakiś biznes-plan, jakieś studium wykonalności tej inwestycji? Miliony wydano już na reklamę tego „dzieła”, zabrakło woli i chęci by zrobić obiektywny rachunek ekonomiczny. Pan Prezydent, pan Premier, pan Prezes nie robią sobie kampanii wyborczej z rachunkiem ekonomicznym w ręce; oni się na mierzei filmują z łopatą, by pokazać jak „tymi renkami” budują potęgę i moc Polski. Przekopu nie robi się dla zysku, to nie jest kapitalizm; przekop ma otworzyć oczy niedowiarkom, pokazać, że Polak potrafi.

Polak potrafi i Polak zapłaci. Absurdalność pomysłu jest powodem, że nie jest możliwe zapewnienie dofinansowania środkami unijnymi, nie można nawet liczyć na preferencyjne kredyty z europejskich banków. Koszt musi ponieść polski podatnik; sprawa zaczyna się robić dodatkowo nieprzyjemna, gdy ujawnia się główne źródło finansowania. Otóż podstawowe środki, wymuszone siłą od podatnika, pochodzić będą z puli przeznaczonej na tzw. „gospodarkę wodną”. Znaczącym jest fakt, że u nas Ministerstwo Klimatu zajmuje się śmieciami, wodą „gospodaruje” Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej.

Laik z wykształceniem podstawowym dostrzec może, że główne skutki zmian klimatycznych związane są z wodą; grożą nam naprzemiennie susze i powodzie. Laik, który uważał na lekcjach fizyki, zdaje sobie sprawę, że owe klęski są pochodną nie tylko globalnego ocieplenia, lecz przede wszystkim niewłaściwej gospodarki wodnej. W Polsce zatrzymuje się ok 6,5 proc. wody opadowej, reszta – 93,5 proc. - jest, możliwe najszybciej, spławnymi kanałami, odprowadzana do morza.

Nie wypada wręcz skarżyć się na suszę, skoro marnujemy ponad 90% zasobów wody powierzchniowej. Docierają owe fakty przed wyborami do polityków, stąd prezydent Duda ogłasza plan „oczko+”, by w gospodarstwach domowych tworzyć mikroretencję. Na ten cel przeznaczonych na być 100 mln w ciągu 5 lat; przekop Mierzei finansowany z tej samej puli pieniędzy kosztuje 1 mld zł. Trudno nam znaleźć przekonujące efekty finansowania budowy przekopu; możliwe jest jednak wyliczenie strat jakie ponosi gospodarka w wyniku braku retencji. W 2019 r. straty w produkcji rolniczej spowodowane suszą Ministerstwo Rolnictwa wyliczyło na 1,9 mld zł. Rządowi pasjonaci energetyki węglowej dostrzegli także, że brak wody, uniemożliwiający chłodzenie bloków energetycznych, doprowadzić może do blackoutu.

Chcąc złagodzić skutki globalnego ocieplenia powinniśmy w ciągu najbliższych lat zwiększyć zdolność retencyjną obszaru Polski z obecnych 6,5 proc. do, co najmniej, 15 proc.; program „oczko+” wobec tego wyzwania jest zaledwie drobnym kroczkiem. Jeśli tego nie zrobimy, będziemy mieli susze, będziemy mieli „drożyznę” żywności, będziemy mieli powodzie i związane z tym koszty odbudowy domów i infrastruktury; będziemy co roku liczyć miliardy złotych strat powodowanych naszym zaniechaniem.

Ale za to będziemy mieli kanał przekopany na Mierzei, którym - jak dobrze pójdzie - czasami popłyną barki z węglem z Kaliningradu. I otwierając tym oczy niedowiarkom zaśpiewamy nad naszym Bałtykiem pieśń idioty...

dla cz.info.pl Jarosław Kapsa

[1] J. Szpotański „Towarzysz Szmaciak”
[2] W 1989 r Kaczyński wybrany został w Elblągu na senatora, nieznanemu politykowi warszawskiemu kampanie robił poseł, miejscowa gwiazda opozycji, Edmund Krasowski; rok później Krasowski należał do grona współzałożycieli PC. Z kariery politycznej, mimo tak cennego dziś „umocowania” zrezygnował, pracuje w gdańskim oddziale IPN.

Banner 468 x 60 px

Banner 468 x 60 px