Banner Top

Samorządność a sami-se-rządność

Państwo polskie jest w sporze z państwem polskim o przyszłość lotniska w Modlinie. Ponieważ dla jednego „państwa polskiego” Modlin jest „nie nasz”, marnotrawi się pieniądze podatnika polskiego, chcąc wybudować „nasz Modlin” w Radomiu. Podobnie idiotycznie wygląda spór o Westerplatte sprowadzający się do dyskusji, które uroczystości państwowe są nasze, a które wasze.

Przykłady takie są jednymi z wielu absurdów wynikających z idei centralizmu, będącej raczej ideą zawłaszczania państwa. Jeśli pewien człowiek żyje w przekonaniu, że „państwo to ja”; to jest to problem dla psychiatrów. Ale jeżeli temu osobnikowi zaczyna wierzyć większość obywateli, to rzecz się staje niebezpieczna.

W teorii znać powinniśmy podstawowy alfabet wiedzy o swoim państwie, bo cóż byliby z nas za obywatele-patrioci gdybyśmy arogancko zlekceważyli wiedzę o Polsce. Rzeczpospolita Polska jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli” (art 1 Konstytucji). Wszystkich, to znaczy wszystkich; bez względu na sympatie polityczne, religię, rasę, upodobania, płeć, wyznawane tradycje kulturowe, a nawet sympatie kibicowskie. Rzeczpospolita Polska jest państwem prawa”; z tej deklaracji nie wynika bynajmniej przyzwolenie dla zasady „dajcie winnego, a my paragraf znajdziemy”; przeciwnie to przyjęcie do życia publicznego wszelkich ukształtowanych zasad prawa rzymskiego (prawo nie działa wstecz, co nie jest zakazane jest dozwolone itd.).

Rzeczpospolita jest państwem jednolitym (art. 3), ale jej ustrój opiera się na podziale i równowadze władzy ustawodawczej, wykonawczej i sadowniczej (art. 10). W dodatku „ustrój terytorialny Rzeczpospolitej Polskiej zapewnia decentralizację władzy publicznej” (art. 15); „Samorząd terytorialny uczestniczy w sprawowaniu władzy publicznej. Przysługującą mu w ramach ustaw istotną część zadań publicznych samorząd wykonuje w imieniu własnym i na własną odpowiedzialność.” (art. 16). Dodajmy jeszcze do owego przypomnienia art. 7 „Organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa”. Z tego alfabetu wynika, że nasze państwo, choć jest jednolite, tworzone jest nie przez jeden organ władzy, lecz przez szereg instytucji współdziałających i równoważących się w granicach kompetencji określonych prawem. Państwo dla obywateli reprezentuje nie tylko Prezydent, Premier i podległa mu administracja, ale także – w ramach swoich kompetencji – prezydent miasta, starosta, marszałek województwa. Obywatele współuczestniczą w zarządzaniu państwem nie tylko przez wybór posłów, ale także poprzez swoich przedstawicieli w radach gmin, powiatów czy województw.

Są to oczywistości, ale od ich rozumienia zależna jest kondycja naszej Rzeczpospolitej. Mamy stan stałego zwarcia między deklarowanym w Konstytucji modelem ustrojowym, opartym na podziale władzy, decentralizacji i stałej praktyce współdziałania i równoważenie się niezależnych od siebie organów władzy, a ściśle scentralizowanymi, „wodzowskimi” partiami politycznymi dążącymi do nieograniczonego rozciągnięcia swojej władzy. Nie ma tu różnicy między PiS, PO, „Wiosną”, SLD; każda z tych partii ma cechy centralistyczno-wodzowskie, każda w swoim programie ujawnia intencję poszerzania zakresu swej władzy. Przejawia się to przez podporządkowanie władzy ustawodawczej władzy wykonawczej (Sejm jako „maszynka” do przegłosowania projektów rządowych), dążenie do dyktowania wyroków niezawisłym sądom (bo sprawiedliwość musi być „po naszemu”), a przede wszystkim dowolne naruszanie sfery zadań własnych samorządu. Efekt tego jest widoczny. Bronimy jeszcze niezawisłości sądownictwa, bo tupet i arogancja rządzących przypomina naocznie czym może być państwo bez sądów. Z obojętności i pogardą przyjmujemy degradacje parlamentaryzmu; widząc jak ochoczo na polecenie swych partii posłowie rezygnują z własnej godności. Z podobną obojętnością traktujemy sprawy samorządów, bo nie wiemy nawet co tracimy.

Po co nam samorządność? Ewolucja ustrojowa państw europejskich zmierzała, od średniowiecza po wiek XIX, od decentralizacji po centralizację. Wydawało się bowiem, że monarchie absolutne są silniejsze, a przez to trwalsze od republikańskich federacji ziem i miast. Porewolucyjny centralizm we Francji, centralistyczne zjednoczenie Niemiec i Włoch, wydawały się optymalnym wzorcem. Ale centralistyczna przedrewolucyjna monarchiczna Francja została zmieciona „gniewem ludu”, podobny był koniec centralistycznego samodzierżawia w Rosji czy religijno-świeckiej władzy tureckiego sułtana. Przetrwała za to i stała się mocarstwem republikańsko-samorządowa Anglia, a w ślad za nią federacyjno-samorządowe Stany AP.

„Gdy działalność cywilizacyjna przychodzi z góry, z królewskiego lub możnowładczego dworu, zrodzona tryumfem politycznego powodzenia, zdobyczami oręża lub wzrostem bogactwa, skutki jej są często krótkotrwale/../ Przeciwnie cywilizacya, zaszczepiona na gruncie samorządu gminnego, najtrwalsze wydaje owoce. Pod jej wpływem wyrabiają się najlepiej pojęcia prawne w ludności, społeczność dojrzewa i konsoliduje się, nie skutkiem zewnętrznych wpływów, ale wewnętrznego organicznego życia. Gdy nawet burza przyjdzie, ślady takiej cywilizacyi nie prędko zetrze, jak nie łatwo wygubić roślinę, która głęboko w gruncie zapuściła korzenie.”[1] - pisał XIX wieczny teoretyk samorządności. Własność prywatna, rodzina, samorząd lokalny stały się fundamentem cywilizacji europejskiej; przetrwały mimo ogromnych zmian politycznej mapy, upadku różnych wielkich imperiów. Inny polski teoretyk, Bolesław Koskowski dowodził, że wiek XX w Europie powinien być wiekiem samorządów:

„Wynika to zarówno z demokratyzacyi społeczeństw dzisiejszych, jak z przekonania opartego na doświadczeniu, iż państwo nie jest w stanie odpowiedzieć godnie tym wielolicznym i różnorodnym potrzebom, które coraz bardziej komplikujące się zbiorowe życie współczesne ujawnia. Coraz wyraźniej uwidocznia się ten fakt, że jak z jednej strony państwo nie może sobie dać rady z wymaganiami życia bez pociągnięcia do bezpośredniego udziału w rządach szerokich warstw ludności, a to się da uskutecznić tylko na gruncie rozwijania i ulepszania instytucyi lokalnych, tak z drugiej strony jednolite i biurokratycznie zharmonizowane regulowanie spraw społecznych nie da się pogodzić z życiem, które jest różnolite i w różnorodności właśnie, a nie jednorodności harmonijne. Z każdym dniem widać w święcie cywilizowanym nie tylko większe zainteresowanie się samorządem lokalnym, ale wprost zrozumienie, że gmina — jak dobrze określiła to p. Daszyńska — staje się piastunem reform polityki społecznej. Ona jest w wielu razach tą kuźnią, w której odbywają się próby nowych narzędzi postępu społecznego i z której wychodzą wzory empirycznie  usprawiedliwionych reform społecznych. Gmina więc jest największym wrogiem doktryn i najdzielniejszym sprzymierzeńcem umiejętnie regulowanej naturalnej ewolucyi życia.”[2]

Tego typu walory samorządności mogą ujawnić się tylko po spełnieniu dwóch podstawowych warunków. Po pierwsze model zarządzania państwem powinien respektować zasadę pomocniczości[3]; po drugie w samorządzie powinny funkcjonować mechanizmy demokratyczne umożliwiające każdemu współuczestnictwo i współodpowiedzialność w kreowaniu życia publicznego wspólnoty. W programach politycznych prezentowanych przez partie przed wyborami parlamentarnymi powinniśmy poszukiwać i jednego i drugiego. Przemilczenia są tu wymowne; oznaczają, że w partyjnej filozofii nie mieści się pomocniczość, a demokracja sprowadza się do podziału nasz/wasz samorząd. Samorząd ze swej istoty nie jest nasz/wasz tylko lokalnej (regionalnej) wspólnoty. Ma swoje polityczne oblicze, zgodne z lokalnymi preferencjami; rzeczywisty problem polega jednakże na tym, że samorząd nie ma nawet marginalnych możliwości by prowadzić realną politykę lewicową lub prawicową; musi wykonywać zadania narzucone, w ten czy inny sposób, przez rząd centralny. W tym zakresie nie jest respektowany zapis  art. 15 i 16 Konstytucji mówiący o decentralizacji i wykonywaniu zadań samorządu „we własnym imieniu i na własną odpowiedzialność”.

Przechodząc do konkretów zderzamy się z górą lodową problemów związanych z kreowaniem i utrzymywaniem edukacji publicznej. Jest to, biorąc pod uwagę udział wydatków oświatowych w budżetach gmin, najważniejsze zadanie samorządów lokalnych. Podział odpowiedzialności za stan edukacji wynika z ogólnych racji. Państwo odpowiada by każdy obywatel miał równe szanse w dostępie do edukacji, wymusza także respektowanie obowiązku nauki przez dzieci i młodzież do 18 lat. Z tego wynika obowiązek państwa w zakresie ustalania programów nauczania, określania standardów gwarantujących dostępność do nauczania, a także finansowania edukacji z budżetu centralnego. Samorząd jest wykonawcą polityki państwa, otrzymuje z budżetu centralnego środki na utrzymanie oświaty (pensje nauczycieli i utrzymanie budynków szkolnych). Może także samodzielnie inwestować w poprawę jakości nauczania (finansować dodatkowe programy nauczania, premiować dobrych nauczycieli, podnosić jakość techniczną budynków oświatowych). Tyle teoria, w praktyce od dwudziestu lat trwa ostry spór rządu i samorządu o rzecz najistotniejszą, o środki ma utrzymanie szkół. Samorządy wskazują, że 30—40% kosztów utrzymania oświaty ponoszą z własnych środków. W przypadku Częstochowy są to wydatki ponoszone od 20 lat w wysokości 50 -70 mln zł rocznie; zatem w tym okresie nasze miasto wydało na „dokładanie do oświaty” tyle co na inwestycje (nie wliczając do wydatków majątkowych środków UE).  Rozstrzygnąć spór nie jest trudno; koszt kształcenia uczniów można wyliczyć, a tym samym subwencja powinna być zgodna z tym kosztem przemnożonym przez liczbę kształconych. Tylko, że wówczas budżet państwa nie wytrzymałby obciążenia wzrostem wydatków oświatowych; wygodniej dla władzy centralnej jest kraść i kłamać, i tak też robi: okrada samorządy z środków własnych, kłamstwem zacierając własną nieodpowiedzialność.

Problem wydatków oświatowych jest najbardziej odczuwalny, ale podobne zjawisko „okradania” wspólnot samorządowych widzimy także w innych sferach. Miastom na prawach powiatu (w tym Częstochowie) narzucono, nie przekazując odpowiednich środków, obowiązek utrzymywania dróg krajowych. Częstochowa przejęła, nie uzyskując na ten cel dodatkowych środków, dawne wojewódzkie instytucje kultury: Teatr, Filharmonię, Muzeum. Rażącym pokrzywdzeniem samorządów była metoda wprowadzenia ubezpieczeń zdrowotnych. Utrzymanie szpitali i innych instytucji służby zdrowia pozostało ciężarem samorządów; środki na ten cel przekazano NFZ. Operacja ta przypominała problem z subwencją oświatową. Z oczywistych względów politycznych, licząc się z reakcją mieszkańców, samorządy nie obniżą poziomu jakości oświaty do standardów określonych wysokością subwencji. Podobnie bez względu na wysokość kontraktów z NFZ miasto nie może zaryzykować bezpieczeństwem mieszkańców likwidując szpitalne oddziały ratunkowe i pogotowie ratunkowe, ograniczając dostępność do usług kardiologicznych, onkologicznych czy obniżając poziom usług położniczych. Samorządy mogą jedynie płakać i... płacić.

Wymuszając na samorządach dokładanie własnych środków do zadań, które powinny być w pełni sfinansowane przez budżet centralny, rząd pozbawia gminy możliwości prowadzenia własnej polityki; spycha je na poziom klientów antyszambrujących pod gabinetami władzy. Państwo może być silne, lub tylko deklarować siłę. Państwo, które przyjmuje na siebie więcej obowiązków niż jest w stanie wypełnić jest instytucją-wydmuszką. Rozsądny polityk powinien wiedzieć, że są sprawy które państwo musi realizować, są inne, które można zrobić. Nie ma tu różnicy między wyborami politycznymi rządu i samorządu. Do tych pierwszych spraw, które muszą być realizowane należy m.in. edukacja powszechna, bezpieczeństwo zdrowotne, budowa i utrzymanie podstawowej infrastruktury. Jeśli nas na to nie stać, to nie wolno robić rzeczy, które robić można, bo sprawiają przyjemność elektoratowi, poprawiając nasze notowania wyborcze: rozdawać banknoty 500 zł, budować stadiony, aquaparki, fundować koncerty gwiazdek pop-kultury. Niestety demokracja idzie u nas w parze z moralnym relatywizmem; rozdział zadań, które trzeba, a które można realizować, wypływa tylko i wyłącznie z rachub przedwyborczych. Pomocniczość w Polsce działa tak jak solidarność wśród gangsterów. My was oszukamy dając zaniżoną subwencję oświatową, ale jak będziecie grzeczni dołożymy wam na budowę eleganckiego placu, stadionu czy innych kwiatków przyozdabiających gminny kożuch. Tak to działa, pora powiedzieć głośno” „to nonsens”. To jest nonsens niszczący podstawowe wartości decentralizacji ustrojowej Rzeczypospolitej.

Niszczenie życia publicznego przypomina niszczenie środowiska naturalnego. Tu się wytnie drzewo, tam się skanałuje rzekę, w powietrzu zwiększy się „niezauważalnie” ilość siarki i „ceodwa”, kto na takie drobiazgi zwróci uwagę. Dopiero suma takich działań razi efektem, wtedy przerażony tłum z okrzykiem „tu się nie da żyć” ucieka do Australii. W życiu publicznym łatwiej ludzi obrabować z wartości, których namacalnie nie odczuwają, a więc nie mają motywacji ich bronić. Łatwiej ludziom odebrać wolność niż pieniądze, łatwiej kłamstwem pozbawiać godności, niż budzić dyskomfort mówieniem prawdy. Tyle, że efektem takowego zamieniania wolnych ludzi

„Państwa, rządzone absolutystycznie i opierające się na pojedynczej klasie ludności, nie żądały od przeciętnego poddanego niczego więcej, tylko podatków i posłuszeństwa. W Rosyi rząd, według wyrażenia Szczedrina, nawet myślał za swych poddanych. Ci ostatni musieli mieć pewne kwalifikacye fachowe, aby mogli żyć i w spierać skarb państwa, lecz troska o dobro publiczne była im odjęta.”[4]

Jeśli nie chcemy żyć w takim, rosyjskim systemie, inaczej spojrzeć trzeba na kwestię samorządności.

„Gdy samorząd lokalny jest dobrze zorganizowany, to wypływają stąd dla społeczeństwa wielorakie korzyści. Mieszkańcy gminy przywiązują się do niej, bo ona jest mocna i niezależna; interesują się nią, ponieważ współdziałają w jej kierowaniu; kochają ją, ponieważ nie mogą narzekać na swój los; umieszczają w niej swe ambicye i swą przyszłość; mieszają się do każdego epizodu życia wspólnego. W tym ograniczonym obrębie każdy próbuje kierować społeczeństwem, przyzwyczaja się do wolności, nabiera poczucia porządku, rozumie harmonię praw i obowiązków. Stąd płyną ekonomiczne korzyści dla kraju, stąd także pozyskujemy retortę do wyrabiania ludzi i uzdolnienia się do kierowania pośredniego lub bezpośredniego, losami społeczeństwa. Obywatel, wyćwiczony w pracy publicznej w wolnej gminie, nie da się oszukać hasłom niedorzecznym, choć pochlebnym, ani nie pozwoli na zamach w kierunku ograniczeń obywatelskich . Zarówno ze strony despotyzmu, jak ze strony demagogii ma pancerz obrony, wykuty z poczucia niezależności, znajomości praw rozwoju społecznego i praktyk i życia”.[5]

dla cz.info.pl Jarosław Kapsa       

Przypisy:
[1] Górski Piotr „Samorząd gminny” t. 1., Kraków 1894 s. 1.
[2] Koskowski Bolesław „Polityka gminna Kraków” 1907 s. 2.
[3] Subsydiarności wskazującej, że nie należy jednostce większej powierzać zadań, które lepiej wypełni jednostka mniejsza, bliższa obywatelom; zasada ta obecna jest w polskiej Konstytucji, w Europejskiej Karcie Samorządu Terytorialnego oraz w innych dokumentach stanowiących Unię Europejską
[4]  Koskowski Bronisław „Jak wychowywać demokrację” Warszawa 1906 s. 2.
[5] jw. s. 21.

Banner 468 x 60 px

Banner 468 x 60 px